wtorek, 25 września 2012

5. Fuck it.

Byłeś tak blisko. I wszystko było bledsze. Trudniejsze, ale smaczniejsze. Oddychałem ciężko, powoli. Uchyliłem oczy. Wciąż tu byłeś. Tyle godzin. Patrzyłem w sufit,ale czułem Twoją dłoń na mojej i że śpisz siedząc na krześle, a głowę masz wtuloną w moją poduszkę. Nie wiem, po co mnie tu przywieźli. Przecież tylko zasłabłem. Pamiętam, że jak przyjechała karetka, to menadżer wrzeszczał na mnie. To było jedyne co słyszałem w chwilach przytomności, kiedy mnie pakowali do tego ambulansu. I jeszcze pamiętam, że Louis płakał. Przepraszał i powtarzał, że już nigdy, ze zawsze. A potem menadżer kazał mu "spierdalać".
Nie wiem jak to załatwili. Nie wiem, co myślą sobie ci wszyscy ludzie na twitterze. Nie dbam o to. Na pewno jakoś to zatuszowali. Pewnie "mam badania krwi", albo jakieś problemy żołądkowe.
- Harry?
Głos miał zaspany, poderwał się z mojej poduszki. Spojrzał na mnie i na wgłębienie na tej poduszce. Dotknąłem je delikatnie dłonią. To miejsce było wilgotne. A on miał podkrążone oczy. Czerwone. Smutne.
- Harry.
Spojrzałem na niego. Chciałem go przeprosić, powiedzieć cokolwiek. Zresztą tyle było do powiedzenia. Ale tylko patrzyłem na te usta, na tą twarz, na ten podbródek i policzki. Na powieki. To wszystko wciąż nie miało sensu. Ale zdawało się, że póki jestem w tej twierdzy, zwanej dalej szpitalem, to właśnie tu możemy być. Być razem. Powtórzył jeszcze raz moje imię. Nic więcej. Ale to było prawdziwsze niż wszystkie inne słowa. I mogłem zrozumieć go bardziej niż dzięki czemukolwiek innemu. Robiło się jasno. Był tu ze mną całą noc. Powinienem mu powiedzieć, żeby poszedł do domu, odpocząć. Ale wmawiałem sobie, że i tak by mnie nie posłuchał, a tak naprawdę, nie chciałem, żeby odchodził.
Z dłonią w jego dłoni, z tą czułością w jego opuszkach palców, kiedy dotykał mojego zabandażowanego nadgarstka. Widziałem, jak trzęsie mu się podbródek, zagryza wargi. I nie chce płakać i powstrzymuje się do końca. A potem ta jedna łza nerwowo wytarta wolną ręką.
- Przepraszam - szepnąłem. - to nie Twoja wina.
Bo to była prawda. To wina mnie. To moja choroba, moja słaba psychika. Słodki Harry, seksowny dzieciak, zabawny, męski, ostatecznie niedorajda która się pocięła, bo nie umie sobie poradzić.
A mimo wszystko nie żałowałem tego, oprócz tych chwil, kiedy po policzku Lou spływały krople.
- Moja.
Rzucił to tak szybko i cicho, jakby nie chciał, żeby zatrząsł się mu głos, żebym może nie spostrzegł, że płacze. Przecież tego nie dało się nie zauważyć. Leżałem na boku, on głowę znów położył na wilgotnej poduszce.
- Połóż się obok mnie. - powiedziałem.
- Nie wolno mi, to szpitalne łóżko, jak to zobaczy pielęgniarka to mnie stąd wyrzuci.
- Od kiedy dbasz o jakiekolwiek zasady? - szepnąłem.
- Harry, błagam, nie rób mi tego. - oczy wciąż były zaszklone - obwiń mnie wprost, tylko nie mów takich rzeczy, nie miej do mnie takich wyrzutów, Harry...
W pomieszczeniu było coraz jaśniej. Dostałem osobną, całkiem ekskluzywną salę. Nikt nie wiedział, że jestem w tym szpitalu. Cud menadżera.
Odważyłem się jeszcze raz spojrzeć w te tęczówki.
- Nie to miałem na myśli. Po prostu, połóż się obok mnie, dobrze? Chcę Cię przytulić.Chcę Cię tylko przytulić. I może zaśniesz. Albo... - kładł się już na moim szpitalnym łóżku, wcześniej zdejmując buty - jeśli chcesz, możesz iść do domu.
Powiedziałem to ciszej z jakąś głupią nadzieją, że może tego nie usłyszy. A ten położył dłoń na moim karku i przeczesując włosy powiedział cicho:
- Nigdy Cię już nie zostawię. Nigdy, rozumiesz?
Przymknąłem oczy na chwilę, jakby na znak aprobaty.
- A co z El?
Wciąż na mnie patrzył, ale jakby w tym wzroku było coś wymijającego.
- Potem o tym pomyślimy... - odrzekł powoli.
- Nie chcę potem, Louis, zrób coś. Teraz, bo ja, bo ja.. - przypadkiem zahaczyłem wzrok na swoim obandażowanym nadgarstku, gdy szukałem odpowiedniego argumentu i zanim zdążyłem dokończyć, ten sięgnął po telefon, który miał w kieszeni.
Położył się na brzuchu, opierając na łokciach, i wybrał do niej numer w taki sposób, żebym widział, co robi.
- Jeśli nie chcesz, nie musisz...
- Eleanor? Wiem, że jest szósta rano i dopiero wstałaś. Przepraszam Cię za wszystko, dobrze wiesz, że ostatnio nie było z nami najlepiej. Stało się coś złego i nie mogę z Tobą być. - tu wziął głęboki oddech. Dziewczyna najwyraźniej nic nie mówiła, nie dziwiłem się jej. Lou przygryzał wargę, jakby przerażony tym wszystkim co się dzieje, a mimo wszystko był odważny. Dla mnie. - Ja nie chcę już z Tobą być. - dorzucił dobitnie i rozłączył się. Patrzył jeszcze przez chwilę w ścianę. Położyłem się na brzuchu, jak on podpierając łokciami, ciało przechyliłem w jego stronę i głowę oparłem o jego bark.
- Będzie na nas zły. - powiedziałem w końcu.
- Na świecie jest mnóstwo innych menadżerów, którzy nie będą chcieli nas zabić.
Pocałował mnie w czoło.
Tak nagle i tak po prostu włożył dłoń w moje włosy, i pocałował w czoło. To chyba był jego najpiękniejszy pocałunek. A potem się uśmiechnął. I wszystko było jeszcze bardziej lekkie.
- Już nie umiałbym żyć bez Ciebie...
Uśmiechnąłem się mimo wszystko.
- Nie chcesz spać? - zapytałem.
Pokręcił głową i wzruszył ramionami.
- To chodźmy na dół na kawę - odparłem.
- Nie wolno nam chodzić po budynku, nikt nie wie, że tu jesteś, Hazza.
Teraz ja wzruszyłem ramionami.
- Pieprzyć to.
Zbliżyłem się do jego ust i dotknąłem dłonią jego policzka. Te ciepłe wargi dotknęły moich.
A potem to ulubione wyznanie miłości, jak dzieci w podstawówce.
Tak, to musiał być tylko jakiś cholerny sen.
I zaraz wypijemy kawę, a ja nie posłodzę.

- Nie wyobrażasz sobie, jak zajebiście muszę Cię kochać - usłyszałem.



niedziela, 16 września 2012

4. Nie chcemy się poddać,prawda?

- Powiedział, że nie jesteś dziś koniecznie potrzebny, dograsz swój wokal jutro. - wyrzuciłem z siebie jednym tchem. Byłem rozpromieniony i nie potrafiłem przestać się cieszyć, nawet jeśli sytuacja wymagała powagi - Jedź.
Ale Niall też odpowiedział uśmiechem, jakby odetchnął z ulgą. A poza tym, wydawało mi się, że był szczęśliwy, bo udało mu się spełnić marzenie przyjaciela. Przecież to dzięki niemu. I chciałem mu jakoś za to wszystko podziękować. Powiedzieć coś pięknego, żeby wiedział, że może zawsze na mnie liczyć.
A wtedy poczułem jego dłoń na moim karku i wargi na moim prawym policzku. Przygryzłem własne, przymknąłem oczy i jęknąłem.

Byłem szczęśliwy.
To się właśnie nazywa szczęście.
Szczęście.

I ja mogę powtarzać to do końca świata.
Uchyliłem oczy i zobaczyłem zaczerwienionego Nialla, mógł czuć się niezręcznie, ale może wręcz przeciwnie, moje szczęście udzieliło się i jemu. Ta emocja to jest coś więcej niż wieź między dwojgiem ludzi. To jest zaraźliwe i świat jest przez to lepszy. Wziąłem głęboki oddech, ręce założyłam na klatkę piersiową, a wtedy Louis objął mnie od tyłu. Położył swoją głowę na moim prawym ramieniu.
- To ja zmykam. I dziękuję Harry. - powiedział to tak bardzo szczerze, tak prawdziwie.
- To ja dziękuję.  - odpowiedziałem, a chłopak uśmiechnął się i pobiegł załatwiać sobie jakiś środek transportu.

Minęły dopiero dwie godziny od kiedy TO się stało przy chłopakach. A Niall już zdążył ich przekonać, że to nie jest złe. I zdawało się, że oni nawet się cieszyli. Cieszyli się z nas. Z tego, że Lou trzyma mnie w końcu za rękę. Że wciąż obejmuje. Wszystko stało się takie inne i lepsze. I chciało mi się śpiewać. Chciało mi się śpiewać z Nim. O Nas.
Boże, jakie to dziecinne, ale wybacz mi, bo wiem też, że to piękne.
Przecież to nie może być złe.
To też jest miłość. I też jest piękna. I wszystko staje się przez nią dobre.
Boże, przecież nie jesteśmy przez to źli, prawda?

Czułem to ciepło w sercu, gdy zbieraliśmy się, żeby w końcu wejść do studia, chociaż mieliśmy zrobić to już półtorej godziny temu. Szedłem przez korytarz trzymając go za dłoń. Tak bardzo to kochałem. On w drugiej ręce trzymał opakowanie truskawek. Puścił moją dłoń, otworzył pudełko, wyjął jedną i włożył mi do buzi, śmiejąc się przy tym cudownie. Z tą radością w oczach, troską i miłością.
To było absolutnie wszystko o czym zawsze marzyłem. To było nawet więcej niż kiedykolwiek pragnąłem. Pomyślałem nagle, że opłacało się czekać przez te dwa lata. Że opłacało się nie przesypiać nocy. Że te wszystkie łzy wylane w poduszkę mają sens. Te smutne wieczory i ukradkowe spojrzenia, ten ból w klatce piersiowej. To wszystko mnie doprowadziło do tu i teraz.
I to było, będę powtarzać do końca świata - szczęście.

- Harry? - usłyszałem jego niepewny głos.
Spojrzałem na niego.
- Harry, wiesz, że nie możemy... my tylko przy chłopakach, prawda? - oczy miał smutne - Przecież menadżer, wytwórnia,  ci wszyscy ludzie.
Kiwnąłem głową patrząc pod nogi, żeby nie widział jak bardzo zaszkliły mi się oczy. Więc to będzie tylko tajemnica? Ukryjemy to przed światem? W domu, sami, będziemy namiętnymi kochankami a na ulicy udamy, że dla siebie nie istniejemy?
Przecież wiem, że tak musi być.
Spojrzałem na nasze złączone dłonie. A potem on wziął swoją i zjadł truskawkę. Poczułem się tępo, choć wciąż szczęśliwie. I usłyszałem za nami Liama.
- Cześć, Kochasie! - rzucił rozpromieniony.
Widać było po nim, że cieszy się z Tego. Nazywam to To, bo wciąż nie wiem, jak powinno się takie relacje nazywać. Byliśmy szczęśliwi, więc może nazwę to Szczęściem.




- Harry, postaraj się bardziej, źle to śpiewasz! Powinniśmy już dawno skończyć!! - krzyczał na mnie jakiś facet, którego nawet nie znałem, ale to on właśnie był jednym z tych, którzy prowadzili 1D. On i kilkudziesięciu innych kolesi żyjących z nas, z naszej kasy. I on właśnie teraz opierdala mnie za to, że źle zaśpiewałem. Może ja chcę, żeby tak było zaśpiewane?
- Louis, zmotywuj ukochanego - rzucił z uśmiechem na ustach Zayn.
Oczy wszystkich zwróciły się na Lou. A ten siedział w kącie, rozwalił się na fotelu i bawił swoją lalką.
- Co? - zapytał, jakby nie orientował się o co chodzi. A potem dorzucił - Hazza, stara dupo, śpiewaj, bo jestem głodny.
Liam osłupiał. Louis nadal bawił się swoją lalką, rozkręcając siebie i zamieniając części ciała, nie zwracał uwagę na całą sytuację. Ja zaśmiałem się krótko, bo pomyślałem, że to jedyne dobre wyjście i że trzeba jakoś rozluźnić tą atmosferę. Wyprostowałem się przed mikrofonem.
- Dobra, ostatni raz, zobaczycie, że teraz wyjdzie jak trzeba.
- Postaraj się bardziej przy "I still believe, we'll be finally real and you'll change your world for me."
Rzuciłem spojrzenie w kierunku Lou, który zajmował się wszystkim i wszystkimi, tylko nie mną.
- Nie wiem, czy te słowa mają sens.
Zaraz potem żałowałem tej odwagi, bo Lou wciąż nie zwracał na mnie uwagi, a głupi koleś znów mnie opierdolił.
- To nie ma mieć sensu, ma się sprzedać.
Popatrzyłem na niego ze złością.
- Nie jestem drukarnią pieniędzy, tylko kurwa człowiekiem, który przekazuje muzyką swoje emocje. A jeśli tak nie uważasz, to też z łaski swojej może zaczniesz mnie szanować, bo to dzięki mnie śpisz na forsie, jasne?!
Byłem wściekły.
Z tego szczęścia nagle wpadłem w sidła obojętności Lou i nienawidziłem tej jego gry, bo uświadomiło mi to, z jaką łatwością przychodzą mu te kłamstwa. I kiedy wybiegłem ze studia, trzaskając kolejno wszystkimi drzwiami, i kiedy byłem już na dworze, usiadłem na wysuszonym chodniku pomiędzy tujami i wtuliłem twarz w dłonie.
A to pytanie, czy cokolwiek jest prawdziwe, skoro fałsz przychodzi mu tak szybko, świdrowało moje myśli cały ten czas. Oddychałem szybko i ciężko. I usłyszałem jak kilkanaście metrów za mną z łoskotem otwierają się i zamykają drzwi i jak ktoś biega przed wytwórnią wołając mnie. A ja byłem schowany między tujami. I nikt nie mógł mnie znaleźć. Musiałby przeszukać cały ten placyk, a jakiś mądry architekt zieleni postanowił tu kiedyś zasadzić mnóstwo krzaków.
W duchu dziękowałem mu za to, leżąc na spalonej, kującej kark trawie.
Zupełnie innej niż dotyk jego dłoni.

- Harry! HARRY!! Harry!!
Zamknąłem oczy i wstrzymałem oddech. Chcę tu zostać na zawsze. I nikt mnie już nigdy nie znajdzie. Znudzi się mu w końcu.
- Harry.. Harry...HARRY!!
Słyszałem jak uderzał conversami o ziemię biegając po całej posesji.
- HARRY! Gdzie jesteś? Wiem, że gdzieś tu jesteś, przecież musisz być... Harry...
Potem słyszałem, jak kolejny raz drzwi otwierały się i zamykały, i jak Liam go uspokajał.
- Wróci, nie martw się, pobędzie chwilę sam i wróci. Przecież nic sobie nie zrobi. Nie jest głupi.

Przecież jestem głupi. Reszta słów nie miała znaczenia, już nie słuchałem. Ukryty między krzakami, wyjąłem żyletkę z kieszeni. Chwila namysłu. Przecież byłem szczęśliwy. Z nim. Ale nie tak. Nie umiałem tego ukrywać. To by mnie zabiło jeszcze mocniej. A teraz byłem szczęśliwy i nie szczęśliwy i czułem radość i ból i nie wiem jaki to miało sens.
Pociągnąłem raz energicznie po nadgarstku. Krew zaczęła spływać do dłoni, do koniuszków placów.
Taak, jesteś bardzo odważny Harry. I bardzo głupi.
I jeszcze bardziej znienawidziłem siebie, to wszystko mnie przygniotło, ale czerwona strużka krwi pomagała oddychać. I znów zamknąłem oczy.
- Harry, ja Cię kurwa kocham, kocham Cię, kocham Cię, Harry..
Znalazł mnie i stał nade mną, ale nie otworzyłem oczu. Siedziałem po turecku z zakrwawianą ręką i żyletką rzuconą gdzieś w trawę. Nareszcie mi się przydała.
- Harry, kurwa, co Ty zrobiłeś, Harry, błagam, Harry, ja nigdy, Harry...
Otworzyłem oczy. Płakał, ale widać było, że od kilkunastu minut. Nie zwracał uwagi na te łzy, które spływały teraz na trawnik. Ja nie płakałem. Byłem smutny, ale nic więcej. Cięcie chyba mi się udało, bo Louisowi drżały ręce, kiedy trzymał w nich moją dłoń.
- H-harrryy...
Zdjął swoją koszulkę i owinął nią moją ranę, wciąż z przerażeniem w oczach.
A jakby o to wszystko nie dbałem.
I zaczął krzyczeć, wołać o pomoc i słyszałem tych wszystkich ludzi, którzy do nas już biegli.

- Ja się zmienię, zrobię dla Ciebie wszystko, Harry słyszysz? Jesteś dla mnie najważniejszy na świecie, nigdy więcej tego nie rób, Harry, kocham Cię, przecież Cię kocham i zrobię kurwa wszystko tylko Harry, błagam, wybacz mi...
 Wokół pojawili się jacyś ludzie, ktoś dzwonił gdzieś z telefonu, gorączkowo powtarzając, żeby przyjechali, bo potrzebna pomoc.
Coś złego się ze mną działo, bo trudno było mi siedzieć i jakbym opadał z sił..
- Zwyciężymy Harry, razem, ja i Ty, kocham Cię, przecież Cię kocham...
Powiedział to tak bardzo prawdziwie i nie bałem się już, że cokolwiek może być fałszywe. I kiwnąłem głową, bo nie umiałem nic powiedzieć, łzy podchodziły pod gardło. Czułem jego oddech i zapach, i było mi lżej, bo wiedziałem, że jestem trudny i jest ktoś, kto mimo tego chce być.
- Jesteś... moim wszystkim. - szepnąłem.
Objął mnie, gdy mdlałem.



czwartek, 13 września 2012

3. Przeproś.

Spałem. Wreszcie przesypiałem noce. Nie. Przespałem jedną noc. Bo to wszystko dopiero wczoraj. Bo płakałem jak dziecko. I o nic już nie dbam. Chcę tylko, żeby przestało boleć.
Otwieram oczy i czuję jak dusi mnie to COŚ w klatce piersiowej.
I nie myślę o milionach ludzi na twitterze,ani o innych pierdołach. Nagle okazuje się, że tak prawdziwie - nie mam dla kogo już wstawać. I nie ma sensu. Nic.
Na szafce obok łóżka leży żyletka. Obracam ją w palcach gdy mi źle. Przecież faceci się nie tną. Pociągnąłem nosem. Wciąż miałem katar,albo raczej wciąż płakałem.
Wściekłość, zażenowanie, brak możliwości zrobienia czegokolwiek, szach - mat i przegrałeś Harry. Ręce mi drżały i nie ochłonąłem jeszcze od wczoraj. Spojrzałem na wyświetlacz telefonu.
-KURWA! - krzyknąłem i miałem głęboko w poważaniu, ze ktokolwiek się przeze mnie obudzi. Bo dziś idziemy do studia i nagrywamy kawałki na nową płytę.
Bo miałem tylko nadzieję, że ucieknę gdzieś, zaszyję się na te najbliższe 24 h w miejscu najbardziej dalekim od niego, jak to tylko możliwe. I rzuciłem żyletkę na podłogę, i wybiegłem z pokoju do łazienki.
Musisz z tym żyć,Harreh,dzieją się gorsze rzeczy, dzieją się gorsze rzeczy. Oddychałem głęboko, patrząc w swoje odbicie lustrzane. Na tą twarz, na loki, na usta, które wczoraj wieczorem...
-H-harry y?
Niall. Zobaczyłem go w lustrze. Miał podkrążone, zaczerwienione oczy. I obgryzał paznokcie. I ledwie wszedł - już wyszedł, wręcz wybiegł.
- Niall! Poczekaj! - krzyknąłem za nim, idąc już w stronę jego pokoju. Drzwi trzasnęły zanim zdążyłem dobiec. Zatrzymałem się na chwilkę, gapiąc się w klamkę. Zapukałem, bo złościł się, gdy tego nie robiłem. Nie odezwał się.
- Niall, martwię się o Ciebie.
Cisza.
- Niall, wchodzę.
Popchnąłem drzwi,ale nie chciały się otworzyć i musiałem to zrobić siłą całego mojego ciała. Poślizgnąłem się i uderzyłem w nogę.
- Shit. Niall, wypuść mnie,chyba się połamałem.
Nic mi nie było,ale szybko puścił drzwi i wyjrzał, żeby sprawdzić, co się stało. Będzie tylko siniak, pomyślałem. Podniosłem głowę, spojrzałem na Nialla i rzuciłem sie na uchylone drzwi.
- Teraz mi wszystko opowiesz - powiedziałem stanowczo. I wzmacniało mnie bardzo to, że mogłem sie przejmować czyimiś problemami i zapomnieć na chwilę o swoich. Właściwie w tym moim dołku zdawało mi się, że jestem najlepszą osobą, która może pomóc komukolwiek. Niall nie patrzył mi w oczy.
- Dziś... - westchnął i spojrzał za okno - dziś jest rocznica śmierci mojego psa, wiesz, to było dawno, nie mówiłem Ci nigdy o nim, ale był dla mnie ważny, wiesz przyjaciel - jąkał się ze łzami w oczach. Patrzył za to okno i nic nie pasowało.
- Niall, przecież nie musisz mnie okłamywać. Nikomu nie powiem. Sam też czuję się fatalnie, będzie dobrze, jeśli pomogę chociaż Tobie i jakoś się temu światu przydam.
Uspokoił się i zdziwiony od razu spytał:
- Co się stało?
- Nie odwracaj kota ogonem - warknąłem - tylko mów.
Westchnął i wyprostował się.
- Problem za problem?
Skrzywiłem się. Nie powinienem nikomu mówić. Trzeba to jakoś obejść.
- Zobaczymy. - odpowiedziałem wymijająco i odetchnąłem po chwili, bo mimo tego, że na pewno chciałby pomóc mi rozwiązać mój problem, jego zdawał się go na tyle przytłaczać, że ześlizgnął się z łózka i siedząc na podłodze, a wzrokiem błądząc gdzieś po meblach zaczął mówić.
- Harry, ale proszę, nie mów nikomu, błagam, nie chcę jeszcze...
I taki niepokój w sercu, gdy się na niego patrzyło, niech to już powie, niech wyrzuci z siebie, cokolwiek to jest.
- Wczoraj wieczorem dzwonił Greg... mama dostała wyniki... wiesz, oni nie są pewni, mówią,że trzeba powtórzyć, żeby jeszcze się nie martwić, i w ogóle, ale Harry - tu spojrzał na mnie, płakał - mówią, że ma raka, a ja nie chcę, żeby umarła.
To stwierdzenie było tak proste, to pragnienie tak dziecinne, i ta obawa jak u pięciolatka i miłość w oczach. I przytuliłem go mocno do siebie.
- Niall, jedź dziś do niej, pojadę z Tobą, jeśli chcesz.
Podniósł głowę i otarł rękawem policzki z łez.
- Nie mogę, dziś studio, poza tym, Harry, nie obraź się, ale czuję, że jeśli już, to powinienem pojechać tam sam.
Przycisnąłem go mocno do klatki piersiowej.
- Przecież będzie w porządku, sam mówisz, że będą powtarzać badania, no i wcale nie musi być złośliwy i zrobimy wszystko, żeby ją wyleczyć, jeśli zajdzie taka potrzeba - wyrzuciłem to z siebie praktycznie jednym tchem, starając się żeby ton głosu pocieszał, ale było mi trudno, bo ten cały naillowy smutek ogarnął teraz i mnie.
Ja wiem, że on by sobie z tym nie poradził, tak bardzo ją kocha, tak bardzo.
Jak ja Lou - wpadło mi do głowy, a potem skarciłem się za to porównanie. Moje na pewno przejściowe zakochanie nie powinno być porównywane do tego, co się dzieje teraz w głowie Nialla, w jego serduchu i było mi go strasznie żal.
- Powiem Paulowi,żebyśmy się dziś sprężyli, bo masz poważny problem. - Niall spojrzał na mnie wzrokiem "błagam, nic mu nie mów", chociaż ja sam uważałem, ze Paulowi można było w takich sprawach zawsze ufać - przecież nie będzie pytał o szczegóły, jest wyrozumiały - dorzuciłem.

Spędziłem ten dzień z Niallem. Zrobiłem mu śniadanie, a potem pomogłem się zebrać, żeby wyjść z domu.  Jak wsiedliśmy w samochód, to nawet już się uśmiechał i gawędził wesoło. Cieszyłem się, że nie jest już smutny. Bo czasem smutnym się po prostu jest. Czasem smutnym być trzeba. Ale nie wolno się nigdy smucić zbyt długo z żadnego powodu i myślę, że mama Nialla podzieliłaby moje zdanie.

Staliśmy w jakimś potężnym korku. Lou się do mnie nie odzywał. Udawaliśmy, że się nie znamy. Może to wyglądało z boku niedorzecznie i pewnie, gdybyśmy chcieli ukryć przed resztą, że coś się między nami niedobrego stało, to staralibyśmy się zachowywać jak zawsze. Ale po pierwsze byłoby to niedorzeczne, a po drugie wcale nam na tym nie zależało.
I chciałem cały ten czas myśleć tylko o Niallu i jego problemie, zawsze gdy było mi smutno. To mi otwierało oczy. Ostatnie dni byłem kompletnie załamany, chociaż właściwie nie było powodu. To tylko głupia miłość, wyolbrzymiłem problem jak jakaś baba.

A potem kątem oka widziałem Louisa śmiejącego się z Zaynem z jakiejś dziwnej reklamie na bilboardzie.
I jednak brakowało mi tego. I przychodziło na myśl wspomnienie wczoraj. Czego on się boi? Że menadżer? Pieprzyć menadżera, nie musiałby kurwa o tym wiedzieć. Widziałem Lou jakby za mgłą, jak gestykulował, obejmował Liama.
On tak po prostu ma, on kocha wszystkich jednakowo. To nie jest nic wyjątkowego.
A to wczoraj?
A może jednak?
Mgła była coraz większa, a potem Niall, dotknął mojego ramienia.
- Dlaczego płaczesz?
Zorientowałem się, że mam łzy w oczach i zawstydzony otarłem je. Nie powinienem płakać.
- Kiedyś Ci opowiem - rzuciłem wymijająco.
- Opowiedz mi teraz - uparł się Niall - przecież obiecałeś.
Przełknąłem ślinę i wyrzuciłem to z siebie cicho, jednym tchem, łącząc niezrozumiale wyrazy.
- Zakochałem się w Lou.
Odwróciłem szybko wzrok, żeby uniknąć spojrzenia w oczy Nialla, a potem trafiłem na Lou i po prostu zamknąłem oczy a uszy zasłoniłem dłońmi i miałem nadzieję, że bez tych dwóch zmysłów wnętrze vana będzie mi mniej obce.
Poczułem, jak Niall mnie obejmuje. Zrozumiał. O nic nie pyta. Ma większy problem ode mnie, ale jednak martwi się o mnie, a przede wszystkim ze mną jest i czuję kolejną łzę pod powieką i modlę się o to, żeby nikt inny tego nie zauważył. I lubię zapach jego bluzy. Bo to jest prawdziwy przyjaciel. I chcę, żeby był już zawsze. Zsunąłem dłonie z okolic uszu na kark i patrzyłem tępo na podłogę. Tamta trójka świetnie się bawiła. Dobrze.
Usłyszałem szept w okolicy ucha.
- Powiedz mu to.
Poczułem w środku, że mogę swobodnie o tym mówić, bo tamci nie usłyszą, tak bardzo hałasowali. W dodatku patrząc na mnie i Nialla można by tylko pomyśleć, że się nie wyspaliśmy.
- Pocałował mnie wczoraj.
Niall odchylił się do tyłu i spojrzał na mnie zdezorientowany.
- A potem powiedział, że - głos mi się załamał, więc poczekałem chwilę, żeby szept znów stał się szeptem - że ta historia nie może się dobrze skończyć.
Niall do tej pory przytulał mnie, teraz puścił i rozejrzał się po vanie. Był zdeterminowany i wiedziałem, ze jest gotowy do wszystkiego.
- Nie, proszę Cię, nie rób niczego głu... - nie zdążyłem szepnąć w jego stronę.
- Louis!! Louis!!!
Lou przestał piać ze śmiechu i odwrócił się w naszą stronę.
- Co tam, chłopaki?
Nie patrzył na mnie, omijał mnie celowo wzrokiem.
- Harry mówi, że jest mu przez Ciebie przykro. Przeproś go.
Jęknąłem. Byłem zły na Nialla. Jak mógł. Jak mógł.
Louis nic nie odpowiedział. Zdawało się, że zupełnie zignoruje tą sytuację. Oczy wszystkich były zwrócone to na mnie, to na Lou. A on przeszedł między siedzeniami i przewrócił się tuż przy mnie, na mnie.
-Ałłła!! Lou, co ty robisz?!
Półleżał na mnie i uśmiechał się słodko, jak gdyby nigdy nic.
- Przestań, to boli - powiedziałem, wciąż ledwo powstrzymując się od łez.
Usiadł koło mnie i przytulił mnie krótko, uśmiechając się szeroko, jakby czekając na oklaski.
- To nadal boli, Lou...
I widziałem w tych oczach przeprosiny, ale to nie miało znaczenia, bo nagle przypomniały mi się jego usta z wczoraj wieczorem, bo nagle przypomniało mi się, jak blisko byliśmy, a jak bardzo daleko jesteśmy, pomimo tego, że siedzi dwa centymetry ode mnie.

A potem sobie uświadomiłem, że to tylko dwa głupie centymetry.
Ach, co mi tam świat, chodź pocałuj mnie jeszcze raz.

I dotknąłem dłonią jego policzka, a oczy mu spoważniały zupełnie i o nic nie dbałem i przybliżyłem moje wargi do jego warg. Nie boję się, nie boję się i nic nie jest bardziej niż...
Kochałem ten smak, to uczucie, gdy delikatnie przechylałem głowę i wszystko było bardziej, tylko świat za nami mniej. I nie wiedziałem, ze to kiedyś się skończy i poczułem jego drżącą dłoń na moich żebrach, przesunął ją w miejsce, gdzie biło moje serce. A potem odchylił się powoli i świat dopiero zaczął do mnie dochodzić. I zacząłem się go bać. Bo panowała idealna cisza, jakbyśmy byli tu sami, a on też nic nie mówił.

I był tak bardzo poważny.
A ja czułem się tak bardzo uzależniony i nie obchodziły mnie konsekwencje.

- Przeprosiny przyjęte? - zapytał cicho.
Przytuliłem go mocno do siebie, zamykając oczy.
Chłopcy szeptali między sobą podekscytowani, ale to się nie liczyło.
Albo może w podświadomości wiedziałem, że Niall rozumie i że Niall im wytłumaczy.
Wciąż się obejmowaliśmy, a ja z zamkniętymi powiekami i głową opartą o jego bark, czując jego zapach w nozdrzach, czułem
szczęście.
I że nie chcę już nigdzie
nigdy
stąd iść.
- Lou, ja Cię naprawdę kocham. - szepnąłem ledwie słyszalnie.
A wtedy on przycisnął mnie mocniej do siebie.

wtorek, 11 września 2012

2. Boję się tej burzy.


W domu nikogo nie było. Nie wiem gdzie wyszli. Jakoś mnie to nie obchodziło. Niall i Zayn coś mi tłumaczyli, ale leżałem na kanapie, to wyjaśnia, dlaczego nie mogłem usłyszeć.
Nie, właściwie to niczego nie wyjaśnia. To nie jest nawet wygodne. I zupełnie nie rozumiem, czemu wyszli z domu skoro pada deszcz.
Kiedy pada deszcz przyjaciele siedzą wspólnie na małym dywanie przed telewizorem i rzucają w siebie karmelowym popcornem, oglądając jakiś głupi film. Nie wychodzą nie wiadomo gdzie i nie zostawiają Cię samego. Wyciągnąłem dłoń przed siebie, oglądając swoje palce.
Więc myślę. Zayn i Niall poszli pewnie do sklepu. Liam jest z Danielle. A Lou?
Powinieneś być tu, ze mną, głupku. Powinieneś pluć popcornem na odległość albo do celu właśnie ze mną. Powinieneś się śmiać i zdejmować mi złośliwie czapkę z głowy. Powinieneś zaprowadzić mnie do łazienki i wylać przypadkiem na mnie mydło w płynie. Powinniśmy teraz robić cokolwiek. Albo powinieneś, właściwie to nawet nie albo, tu jest potrzebne słowo przede wszystkim - powinieneś trzymać mnie za rękę.
Zaśmiałem się. Jestem idiotą. Ostatnim kretynem. Naiwniakiem. Dzieciakiem, który powinien wydorośleć. I może nawet chcę. Ja naprawdę chcę się zmienić. Ja naprawdę...
Nie lubię siebie. I lubię, gdy Louis mnie tak bardzo akceptuje. To zadziwia jak inne cuda tego świata,albo właściwie jak nic innego. I jest mi ciepło w klatce piersiowej. Bo tylko on jeden zdaje się wiedzieć. Bo tylko on jeden zdaje się czuć.
Spojrzałem na nadgarstek.
I can't change.
Może tylko sobie wmawiasz kolego?
Głosy w mojej głowie zdecydowanie chcą zniszczyć mój światopogląd. Deszcz padał coraz bardziej. W mieszkaniu panowała idealna cisza, tylko to pukanie o szyby, paskudna londyńska pogoda.
Świat jakby znikła gdzieś za powiekami.
- Lou,gdzie jesteś?
Zsunąłem się z kanapy i zamrugałem oczami, próbując się ożywić. Może jakiś napój energetyczny został jeszcze w kuchni. Powlokłem się do kuchni i przeszukałem ją. Nie znalazłem nic, więc ostatecznie przytuliłem się do drzwi lodówki, o ironio jednie one w całym tym okropnym mieszkaniu, które nienawidziłem coraz bardziej zdawały się mieć dla mnie odrobinę ciepła.
Politura przyjemnie przylegała do twarzy, objąłem lodówkę z półuśmiechem. I było mi lepiej. Naprawdę lepiej. I tylko czułem łzy pod powiekami, gdzieś tam w kącikach oczu, ale wstydziłem się płakać nawet przed lodówką, bo nie wypada, bo nie ma powodu. Az w końcu uchyliłem powieki i w przypływie zrozumienia odskoczyłem od niej i uderzyłem się dłonią w twarz.
- Idioto, co robisz!

Bałem się siebie. Bałem się, że nad sobą nie panuję. Obserwowałem tylko ten brak kontroli, to szaleństwo i to jest jak umieranie. Kiedy raz pokochasz już nie możesz przestać. Już nie możesz zapomnieć. Nie gdy wciąż tak wiele łączy. Jak jakaś choroba, obłęd, wieczna gorączka, ból w klatce piersiowej, problem z oddechem.

I kiedy on pozwala mi na spanie z nim w jednym łóżku, tak bardzo chcę spać twarzą do ściany, żeby nie móc widzieć ich wspólnego zdjęcia.

I tak bardzo nie chcę wiedzieć, że on ją kocha.
Że on ją umie kochać.
Podłoga była zimna, dom szary, wszystko nim pachniało i nic dobrego nie przychodziło na myśl. Mieliśmy być do końca świata i ot,jesteśmy,ale przecież, obiecałeś, że... nie, nigdy niczego nie obiecałeś.
Wgramoliłem się na krzesło przy stole kuchennym. Porozrzucane kartki i jakieś teksty, pismo Nialla. Wziąłem jedną czystą do ręki. Nie, właściwie czysta to za duże słowo. Była zatłuszczona. W końcu Niall pisał i jadł, nieważne. Przeszukałem jeszcze stertę tekstów i odnalazłem długopis z czarnym wkładem. Nie wiem czemu, czarny wkład kojarzył mi się tak bardzo oficjalnie, może te wszystkie ważne egzaminy pisało się zawsze na czarno, może tu tkwi rozwiązanie. I, jeśli, napiszę coś na czarno, to będzie to miało większe znaczenie niż zwykle?
Chcę, żeby miało.

Nigdy nie lubiłem swojego pisma, ale teraz to nie ma znaczenia i czuję tylko, że to daje mi siłę i jeśli to napiszę będzie już tylko lepiej. Stawiam powoli literki, zastanawiam się nad każdym słowem. To musi być wyjątkowe. I zostawię to tu, niech będzie co ma być. Zostawię to tu.

Za oknem zagrzmiało. Burza? Dziwne. Miałem tylko nadzieję, że chłopaki wrócą w całości. Pomyślałem o Lou. Jakiś ścisk w sercu i to zmartwienie, że byleby wszystko było dobrze, bo bez niego nie można przecież żyć.
Tak bardzo boję się burzy. I jestem tu sam.
Powinieneś być teraz ze mną Lou. Albo z nią. Przecież to ją kochasz, to o nią musisz dbać.
Położyłem głowę na stole. Błyskało się, a deszcz tłukł o szyby. I w tym znienawidzonym mieszkaniu, bo było wspólne, bo nie dawało mi oddechu, bo zmuszało mnie do tego, żebym kochał Cię tak bardzo - poczułem nagle ciepło w okolicy klatki piersiowej i zasnąłem wśród pogniecionych kartek.

- Harry? Harry? - Zayn krzyczał mi nad głową - Co jest z tobą? Spieszyliśmy się, bo burza, a ty się boisz, ale i tak zeszło nam długo.
Podniosłem głowę is spojrzałem na nich zdezorientowany. Kartka przykleiła mi się do twarzy. Strząsnąłem ją szybko.Niall i Zayn śmieli się glośno, ale Nialler złapał nagle za rękę Zayna i szepnął coś w stylu "ciiii".
Tak,macie rację,dajcie mi dalej spać, myślę z goryczą.
- Co kupiliście do jedzenia?
Spojrzeli na siebie zdziwieni.
- Przecież byliśmy na kręglach.
Uhm. No tak. Z resztą nieważne, że w lodówce nic nie ma. Ostatecznie nie muszę jeść. Nie muszę nic. Nie chcę nic. Nic, kurwa, nic.
A oni nadal się śmiali. Wstałem i poszedłem do holu, wpatrując się w okno. Wciąż padało. Niall krzyczał z kuchni, że Liam będzie dziś robił zakupy. W porządku. Nie dbam o to. Chwilę potem Zayn odezwał się zaniepokojony, że Lou powinien już być.
No jasne,że powinien. Nie powinien nigdzie wychodzić, a być tu ze mną cały czas, myślałem.
Nie wiem, ile czasu minęło. ile czarnych audi przejechało przez uliczkę.
Płakałem. Słyszałem ich tam na górze, grających na play station i wiedziałem, że mógłbym do nich pójść i powiedzieć, że chcę się przyłączyć. Zawsze to wiem. Ale nie zawsze chcę. Nie chcę dziś.
Bo on z nią był, a powinien być ze mną. Bo zrobiło się już ciemno i coraz bardziej boję się wyglądać przez to okienko. I stoję tu od kilku godzin i na litość Boską, jest mi tu lepiej niż gdziekolwiek indziej. Oparłem się zrezygnowany plecami o kaloryfer znajdujący się pod oknem, podkuliłem nogi i zasypiałem - znów. Nic dziwnego, bo nie spałem kolejną noc.
Zasypiam już i, i zdaje mi się, że tu gdzie żebra kaloryfera wbijają się w moje żebra jest o wiele wygodniej niż będąc wtulonym w różowy koc w dziwne koty i...


- Harry?
Najpiękniejszy budzik na świecie.
- Harry?
Uchyliłem oczy i spojrzałem na niego. Był mokry, widocznie deszcz wciąż padał. Kapało mu z włosów, a oczy miał zmartwione. I było mi przykro bo zrozumiałem, że martwi się o mnie.
- Harry...
Dotknął dłonią mojego policzka i usiadł obok mnie, i wiedziałem, że on też lubi tą niewygodność, zebra w żebra.
- Harry...
Powtarzał to moje imię, i bałem się jeszcze bardziej i jego usta były tak blisko i jakby oczy miał wilgotne, i czoło oparł o moje czoło. Czułem jego oddech tak bardzo, tak nieprzewidywalnie i tak drażnił każdą moją myśl i chciałem go jeszcze bardziej, jeszcze bliżej.
- Coś odznaczyło Ci się na policzku. - uniósł kąciki warg.
Otworzyłem szerzej oczy, a on wyszeptał dokładnie to, co napisałem na zatłuszczonej karteczce kilka,może kilkanaście godzin temu - nie wiem, bo byłem szczęśliwy i nie liczyłem czasu.
- Tu jest napisane od tyłu, Harry..  - przekręcił delikatnie głowę - "Nie umiem już bez Ciebie żyć, Lou..."
Wstrzymałem oddech przerażony, bałem się reakcji, bałem się co dalej, nie powinien mnie takiego widzieć, nie powinien, muszę powiedzieć coś, cokolwiek...
- Lou, ja po prostu, była burza i martwiłem się, wiesz, że się boję, nie wracałeś, tęskniłem, jesteś moim przyjacielem - poderwałem się z podłogi, ale byłem już na spalonej pozycji. Patrzył na mnie z rozszerzonymi źrenicami.
- Powinienem już iść - rzuciłem, odwróciłem się i poszedłem na górę do siebie, a on został w drzwiach.

Nie, właściwe, poszedłbym.
Ale on wtedy tak bardzo złapał mnie za ramię.
- Nie pozwolę Ci teraz odejść. Nie pozwolę Ci odejść nigdy. - powiedział tak cicho, że gdyby nie poruszające się wargi, nie uwierzyłbym.
Dotknął dłonią mojego policzka, tam gdzie odbił się napis, drugą ręką objął mnie w pasie. Był. W kurtce, zielonych spodniach i mokrej czapce, a włosy przyklejały mu się do czoła i
tego
się
nie
da
nie
kochać.

A potem był tak blisko i jeden ruch, i czułem smak jego ust, i to ciepło w środku i tą radość.
Nie wiem ile czasu.
Nie wiem.
Przecież byłem szczęśliwy. Jak nigdy wcześniej.
I płakałem. Wiem przecież, chyba tylko to wiem przecież.
A potem powoli oderwał swoej wargi od moich i widziałem tą radość w oczach, tą wolność, tą szczerość. I wszystko minęło, i przytulił mnie jeszcze a potem, potem
z goryczą powiedział
- Najgorsze jest to, że ta historia nie może mieć happy endu.

Wszystko prysło. I wypuścił mnie ze swoich objęć, a wzrok przepraszał.

Bolało jak nic innego na tym calym podłym świecie.
To pożegnanie było najgorsze z możliwych.
A teraz nawet nie mogłem zawołać go w środku nocy do siebie.

A miałem tylko świadomość, że muszę już tęsknić do końca świata - tyle że smutniej - bo zza ściany.
Bo wzajemnie.


poniedziałek, 10 września 2012

1. W Twoim pokoju jest cieplej.


Która godzina? Nie wiem, musi być już późno, a właściwie wcześnie. Chodzi mi tylko o to, że zaraz czas wstać. A jeszcze nie zasnąłem. Słońce chyba zaczynało się budzić, bo drażniło mnie strasznie, razem z bólem głowy i jakimiś takimi myślami, wyobrażeniami, których nie można się pozbyć. Było mi zimno, bo zapomniałem zamknąć okna późnym wieczorem, a przez całą noc nie miałem ochoty, ani odwagi, albo po prostu nie mogłem tego okna zamknąć, nie bo nie, bo wygodniej mi w łóżku z nadzieją, że może zasnę, z myślą, że może nie rozbudzę się bardziej. Że przyśni się coś dobrego.
To była taka odskocznia, sen. Żyłem ostatnio od snu do snu. A było go tak mało, że stawał się jeszcze cenniejszy. To był jedyny czas spokoju, jedyny czas oddechu. Podświadomość nie krzyczała wtedy tak bardzo. Spała ze mną.
I nawet ceniłem te sny horrory o goniących mnie stworach, za które każdy inny osiemnastolatek by się karcił, bo taka fantazja potrzebna u dziecka, nie u kogoś takiego jak ja.
To jednak jest dobre – być innym.
Ale chciałoby się jeszcze móc być z tego dumnym.
W gardle strasznie zaschło, butelka po wodzie na szafeczce obok łóżka była już pusta. Stwierdziłem to nie uchylając nawet powiek, a potrząsając jedynie wymacaną butelką.
Może jeszcze zasnę.
Wtuliłem się w kołdrę, była chłodna i pomimo tego, że było mi zimno, dobrze mi z nią było. Jakbym przytulał Kogoś. I wyobraźnia od razu pobiegła nie tam gdzie trzeba. Zawsze biegła.
Usłyszałem nagle huk zza ściany i drgnąłem wystraszony. Podniosłem się szybko i nasłuchiwałem dalej, a serce biło przerażone.
A potem był już tylko głośny śmiech i jedno zdanie, które miało uspokoić współlokatorów.
- Spadłem z łóżka!
I śmiał się dalej. Też się uśmiechnąłem. Zrzuciłem z siebie kołdrę i oparłem się o ścianę.
- Lou? – powiedziałem wystarczająco głośno, żeby usłyszał tam, po drugiej stronie.
- Morning,Harreh! - odezwał się wciąż się śmiejąc.
Zadrżałem.
- Wszystko w porządku?
- No jasne. - rzucił bez zastanowienia.
Przylgnąłem do chłodnej ściany i głęboko oddychałem przez kilka sekund. Wszystko w tym pokoju było zimne i takie świeże, że aż bolały skronie. I światło kuło w oczy. I a na ramionach miałem gęsia skórkę.
- Lou?
Za ścianą cisza. Poszedł jeszcze spać.
- Lou?
- Harry, co się dzieje?
Lubiłem, gdy w jego głosie było to coś, co wskazywało na troskę.
- Nie mogę zasnąć.
- Bo już pora wstawać! - krzyknął. - i tak już pewnie wszystkich obudziliśmy!
- Lou? - nie dawałem za wygraną, skoro już zebrałem się na odwagę.
Chwila ciszy.
- Mam iść do Ciebie czy Ty do mnie?
Przymknąłem oczy i westchnąłem ze spokojniejszym już sercem.
- Ja pójdę.

Wyszedłem na korytarz, było już całkiem jasno, zegarek w holu pokazywał za siedem siódmą. Trochę rozgrzałem się, wstając energicznie z łóżka, ale i tak zarzuciłem na ramiona koc. Na wszelki wypadek, gdyby paparazzi mieli mnie nakryć w samych slipkach - pomyślałem. To było głupie i nieprawdziwe. Po prostu lubiłem ten kocyk. Różowy kocyk w koty. Dostałem go chyba pod choinkę od Lou, pamiętam, jak wszyscy się z tego śmieliśmy. Ale jest całkiem miły w dotyku. I Lou go bardzo lubi. Złapałem za klamkę i wszedłem cicho do pokoju obok. 
Louis leżał na łóżku zwinięty w kłębek, patrząc na mnie ciekawie. Wskazał na poduszkę obok jego głowy. Zrobił mi miejsce. Rzuciłem się na łóżko a on tak po prostu, mechanicznie przytulił mnie mocno, mnie i mój różowy kocyk w dziwne koty. I uśmiechał się jak zwykle,jak lubił, jak ja lubiłem. 
Całe to zimno, które przez noc ogarniało mnie w pokoju obok nagle zniknęło, odeszło w niepamięć i liczyło się tylko tu i teraz. Położył od niechcenia dłoń na mojej klatce piersiowej i zamykając oczy szepnął:
- Prześpijmy się trochę.
Patrzyłem na niego, zupełnie rozbudzony. Czułem się bezpiecznie i pewnie gdybym bardzo chciał - zasnąłbym, bo zmęczenie robiło swoje, ale mimo wszystko lepiej było dotykać jego włosów. Leżałem tak obok mojego najlepszego przyjaciela i wiedziałem, że cokolwiek ma się stać nigdy mnie nie zostawi. Że już zawsze będziemy razem. 
I teraz, gdy Louis spał, mogłem go obserwować i czuć się szczęśliwym.
Czuć się szczęśliwym to jest już prawie jak szczęście.
- Dobrze, że śpisz, Lou. Tak dobrze, że śpisz właśnie tu, obok mnie.
Położyłem swoją rękę na poduszce przed moją twarzą i zacząłem mimowolnie rysować niej palcem. Usta mu się uchyliły, jak zawsze, gdy spał. 
- Czasem tak bardzo boję się, że tego nie przetrwamy. - szeptałem do śpiącego, nieświadomego. - że któregoś dnia to wszystko się skończy. Że coś nas zniszczy. Że coś zniszczy mnie. Lou, jak bardzo smutne byłoby życie bez Ciebie. 
Pociągałem nosem. Musiałem przeziębić się w nocy. Zamknąłem oczy i szeptałem jeszcze ciszej, zupełnie sam do siebie. Jak w obłędzie, ale powoli, oddzielając każdy wyraz długą przerwą.
- Brakowałoby mi nawet... nawet tego w jaki sposób spadasz z łóżka o siódmej rano. Za Tobą nie można nie tęsknić... 
Zasypiałem.
- Bądź... już zawsze... dobrze..?
Poczułem, że jego dłoń przesuwa się po mojej klatce piersiowej wyżej, aż w końcu obejmuje mnie mocno. Nie spał.
- Wiesz,że po szesnastu godzinach bez snu zachowujesz się jakbyś miał pół promila alkoholu we krwi?
Uchyliłem oczy. Uśmiechał się troskliwie.
- To ja mam już ze dwadzieścia - odpowiedziałem.

Ramiona były ciepłe i kochające i lubiłem to bezpieczeństwo, tą radość, jak w któreś Boże Narodzenie naście lat temu, i świadomość smaku jabłka i zapachu cynamonu i że - nic nie może być źle.
Tak po prostu, pewnie dochodziła już ósma rano, kiedy zasnęliśmy.
Szczęśliwi.






- POBUDKAAAA!
Poderwałem się szybko i zobaczyłem Nialla stojącego nade mną ze szklanką wody. Woda ze szklanki rozlała się zaraz na moich włosach i twarzy Lou. 
Louis jęknął. 
Niall był wyraźnie z siebie zadowolony.
- Jest już dwunasta a wy jeszcze urządzacie tu swoje romanse!
- Chyba bromanse - wtrącił Lou. Miał już dobry humor, pomimo że sama forma pobudki go nie zachwyciła.
Coś już mówił do Nialla, coś mu tłumaczył, opowiadał, pytał o śniadanie, a ja patrzyłem na niego i było mi smutno. I nawet nie wiedziałem dlaczego. A potem to zaczęło brzmieć w uszach głośniej i głośniej.
To tylko bromance,Harry. To tylko Twój brat z wyboru.
Pogódź się z tym.
Oczy zaszkliły mi się, kiedy dotknął mnie przypadkowo dłonią wyskakując z łóżka. Szli już z Niallem do kuchni. Radośni, nie martwiący się niczym.
Harry, co Ty z sobą zrobiłeś?