niedziela, 16 września 2012

4. Nie chcemy się poddać,prawda?

- Powiedział, że nie jesteś dziś koniecznie potrzebny, dograsz swój wokal jutro. - wyrzuciłem z siebie jednym tchem. Byłem rozpromieniony i nie potrafiłem przestać się cieszyć, nawet jeśli sytuacja wymagała powagi - Jedź.
Ale Niall też odpowiedział uśmiechem, jakby odetchnął z ulgą. A poza tym, wydawało mi się, że był szczęśliwy, bo udało mu się spełnić marzenie przyjaciela. Przecież to dzięki niemu. I chciałem mu jakoś za to wszystko podziękować. Powiedzieć coś pięknego, żeby wiedział, że może zawsze na mnie liczyć.
A wtedy poczułem jego dłoń na moim karku i wargi na moim prawym policzku. Przygryzłem własne, przymknąłem oczy i jęknąłem.

Byłem szczęśliwy.
To się właśnie nazywa szczęście.
Szczęście.

I ja mogę powtarzać to do końca świata.
Uchyliłem oczy i zobaczyłem zaczerwienionego Nialla, mógł czuć się niezręcznie, ale może wręcz przeciwnie, moje szczęście udzieliło się i jemu. Ta emocja to jest coś więcej niż wieź między dwojgiem ludzi. To jest zaraźliwe i świat jest przez to lepszy. Wziąłem głęboki oddech, ręce założyłam na klatkę piersiową, a wtedy Louis objął mnie od tyłu. Położył swoją głowę na moim prawym ramieniu.
- To ja zmykam. I dziękuję Harry. - powiedział to tak bardzo szczerze, tak prawdziwie.
- To ja dziękuję.  - odpowiedziałem, a chłopak uśmiechnął się i pobiegł załatwiać sobie jakiś środek transportu.

Minęły dopiero dwie godziny od kiedy TO się stało przy chłopakach. A Niall już zdążył ich przekonać, że to nie jest złe. I zdawało się, że oni nawet się cieszyli. Cieszyli się z nas. Z tego, że Lou trzyma mnie w końcu za rękę. Że wciąż obejmuje. Wszystko stało się takie inne i lepsze. I chciało mi się śpiewać. Chciało mi się śpiewać z Nim. O Nas.
Boże, jakie to dziecinne, ale wybacz mi, bo wiem też, że to piękne.
Przecież to nie może być złe.
To też jest miłość. I też jest piękna. I wszystko staje się przez nią dobre.
Boże, przecież nie jesteśmy przez to źli, prawda?

Czułem to ciepło w sercu, gdy zbieraliśmy się, żeby w końcu wejść do studia, chociaż mieliśmy zrobić to już półtorej godziny temu. Szedłem przez korytarz trzymając go za dłoń. Tak bardzo to kochałem. On w drugiej ręce trzymał opakowanie truskawek. Puścił moją dłoń, otworzył pudełko, wyjął jedną i włożył mi do buzi, śmiejąc się przy tym cudownie. Z tą radością w oczach, troską i miłością.
To było absolutnie wszystko o czym zawsze marzyłem. To było nawet więcej niż kiedykolwiek pragnąłem. Pomyślałem nagle, że opłacało się czekać przez te dwa lata. Że opłacało się nie przesypiać nocy. Że te wszystkie łzy wylane w poduszkę mają sens. Te smutne wieczory i ukradkowe spojrzenia, ten ból w klatce piersiowej. To wszystko mnie doprowadziło do tu i teraz.
I to było, będę powtarzać do końca świata - szczęście.

- Harry? - usłyszałem jego niepewny głos.
Spojrzałem na niego.
- Harry, wiesz, że nie możemy... my tylko przy chłopakach, prawda? - oczy miał smutne - Przecież menadżer, wytwórnia,  ci wszyscy ludzie.
Kiwnąłem głową patrząc pod nogi, żeby nie widział jak bardzo zaszkliły mi się oczy. Więc to będzie tylko tajemnica? Ukryjemy to przed światem? W domu, sami, będziemy namiętnymi kochankami a na ulicy udamy, że dla siebie nie istniejemy?
Przecież wiem, że tak musi być.
Spojrzałem na nasze złączone dłonie. A potem on wziął swoją i zjadł truskawkę. Poczułem się tępo, choć wciąż szczęśliwie. I usłyszałem za nami Liama.
- Cześć, Kochasie! - rzucił rozpromieniony.
Widać było po nim, że cieszy się z Tego. Nazywam to To, bo wciąż nie wiem, jak powinno się takie relacje nazywać. Byliśmy szczęśliwi, więc może nazwę to Szczęściem.




- Harry, postaraj się bardziej, źle to śpiewasz! Powinniśmy już dawno skończyć!! - krzyczał na mnie jakiś facet, którego nawet nie znałem, ale to on właśnie był jednym z tych, którzy prowadzili 1D. On i kilkudziesięciu innych kolesi żyjących z nas, z naszej kasy. I on właśnie teraz opierdala mnie za to, że źle zaśpiewałem. Może ja chcę, żeby tak było zaśpiewane?
- Louis, zmotywuj ukochanego - rzucił z uśmiechem na ustach Zayn.
Oczy wszystkich zwróciły się na Lou. A ten siedział w kącie, rozwalił się na fotelu i bawił swoją lalką.
- Co? - zapytał, jakby nie orientował się o co chodzi. A potem dorzucił - Hazza, stara dupo, śpiewaj, bo jestem głodny.
Liam osłupiał. Louis nadal bawił się swoją lalką, rozkręcając siebie i zamieniając części ciała, nie zwracał uwagę na całą sytuację. Ja zaśmiałem się krótko, bo pomyślałem, że to jedyne dobre wyjście i że trzeba jakoś rozluźnić tą atmosferę. Wyprostowałem się przed mikrofonem.
- Dobra, ostatni raz, zobaczycie, że teraz wyjdzie jak trzeba.
- Postaraj się bardziej przy "I still believe, we'll be finally real and you'll change your world for me."
Rzuciłem spojrzenie w kierunku Lou, który zajmował się wszystkim i wszystkimi, tylko nie mną.
- Nie wiem, czy te słowa mają sens.
Zaraz potem żałowałem tej odwagi, bo Lou wciąż nie zwracał na mnie uwagi, a głupi koleś znów mnie opierdolił.
- To nie ma mieć sensu, ma się sprzedać.
Popatrzyłem na niego ze złością.
- Nie jestem drukarnią pieniędzy, tylko kurwa człowiekiem, który przekazuje muzyką swoje emocje. A jeśli tak nie uważasz, to też z łaski swojej może zaczniesz mnie szanować, bo to dzięki mnie śpisz na forsie, jasne?!
Byłem wściekły.
Z tego szczęścia nagle wpadłem w sidła obojętności Lou i nienawidziłem tej jego gry, bo uświadomiło mi to, z jaką łatwością przychodzą mu te kłamstwa. I kiedy wybiegłem ze studia, trzaskając kolejno wszystkimi drzwiami, i kiedy byłem już na dworze, usiadłem na wysuszonym chodniku pomiędzy tujami i wtuliłem twarz w dłonie.
A to pytanie, czy cokolwiek jest prawdziwe, skoro fałsz przychodzi mu tak szybko, świdrowało moje myśli cały ten czas. Oddychałem szybko i ciężko. I usłyszałem jak kilkanaście metrów za mną z łoskotem otwierają się i zamykają drzwi i jak ktoś biega przed wytwórnią wołając mnie. A ja byłem schowany między tujami. I nikt nie mógł mnie znaleźć. Musiałby przeszukać cały ten placyk, a jakiś mądry architekt zieleni postanowił tu kiedyś zasadzić mnóstwo krzaków.
W duchu dziękowałem mu za to, leżąc na spalonej, kującej kark trawie.
Zupełnie innej niż dotyk jego dłoni.

- Harry! HARRY!! Harry!!
Zamknąłem oczy i wstrzymałem oddech. Chcę tu zostać na zawsze. I nikt mnie już nigdy nie znajdzie. Znudzi się mu w końcu.
- Harry.. Harry...HARRY!!
Słyszałem jak uderzał conversami o ziemię biegając po całej posesji.
- HARRY! Gdzie jesteś? Wiem, że gdzieś tu jesteś, przecież musisz być... Harry...
Potem słyszałem, jak kolejny raz drzwi otwierały się i zamykały, i jak Liam go uspokajał.
- Wróci, nie martw się, pobędzie chwilę sam i wróci. Przecież nic sobie nie zrobi. Nie jest głupi.

Przecież jestem głupi. Reszta słów nie miała znaczenia, już nie słuchałem. Ukryty między krzakami, wyjąłem żyletkę z kieszeni. Chwila namysłu. Przecież byłem szczęśliwy. Z nim. Ale nie tak. Nie umiałem tego ukrywać. To by mnie zabiło jeszcze mocniej. A teraz byłem szczęśliwy i nie szczęśliwy i czułem radość i ból i nie wiem jaki to miało sens.
Pociągnąłem raz energicznie po nadgarstku. Krew zaczęła spływać do dłoni, do koniuszków placów.
Taak, jesteś bardzo odważny Harry. I bardzo głupi.
I jeszcze bardziej znienawidziłem siebie, to wszystko mnie przygniotło, ale czerwona strużka krwi pomagała oddychać. I znów zamknąłem oczy.
- Harry, ja Cię kurwa kocham, kocham Cię, kocham Cię, Harry..
Znalazł mnie i stał nade mną, ale nie otworzyłem oczu. Siedziałem po turecku z zakrwawianą ręką i żyletką rzuconą gdzieś w trawę. Nareszcie mi się przydała.
- Harry, kurwa, co Ty zrobiłeś, Harry, błagam, Harry, ja nigdy, Harry...
Otworzyłem oczy. Płakał, ale widać było, że od kilkunastu minut. Nie zwracał uwagi na te łzy, które spływały teraz na trawnik. Ja nie płakałem. Byłem smutny, ale nic więcej. Cięcie chyba mi się udało, bo Louisowi drżały ręce, kiedy trzymał w nich moją dłoń.
- H-harrryy...
Zdjął swoją koszulkę i owinął nią moją ranę, wciąż z przerażeniem w oczach.
A jakby o to wszystko nie dbałem.
I zaczął krzyczeć, wołać o pomoc i słyszałem tych wszystkich ludzi, którzy do nas już biegli.

- Ja się zmienię, zrobię dla Ciebie wszystko, Harry słyszysz? Jesteś dla mnie najważniejszy na świecie, nigdy więcej tego nie rób, Harry, kocham Cię, przecież Cię kocham i zrobię kurwa wszystko tylko Harry, błagam, wybacz mi...
 Wokół pojawili się jacyś ludzie, ktoś dzwonił gdzieś z telefonu, gorączkowo powtarzając, żeby przyjechali, bo potrzebna pomoc.
Coś złego się ze mną działo, bo trudno było mi siedzieć i jakbym opadał z sił..
- Zwyciężymy Harry, razem, ja i Ty, kocham Cię, przecież Cię kocham...
Powiedział to tak bardzo prawdziwie i nie bałem się już, że cokolwiek może być fałszywe. I kiwnąłem głową, bo nie umiałem nic powiedzieć, łzy podchodziły pod gardło. Czułem jego oddech i zapach, i było mi lżej, bo wiedziałem, że jestem trudny i jest ktoś, kto mimo tego chce być.
- Jesteś... moim wszystkim. - szepnąłem.
Objął mnie, gdy mdlałem.



1 komentarz:

  1. Ciekawi mnie dlaczego Hazza mial przy sobie zyletke.. Ale takto fajnie :3

    OdpowiedzUsuń