A kiedy się budzę, jestem szczęśliwy.
A kiedy idę spać, jestem szczęśliwy.
Więc nigdy nie mów mi, że monotonia nie jest piękna.
Mówią o nas już wszystkie telewizje, piszą o nas wszystkie gazety. Jesteśmy gejuchami, pedałami, czasami pisze się o nas jako o pedofilach. Ona dała wywiad do jakiegoś dużego magazynu, w którym opisała nasz brutalny seks, który uważa, że oglądała z ukrycia. I to ja jestem tym gorszym pedałem, który go zmusił do tego wszystkiego. Menadżer jest wściekły, nie umie opanować sytuacji. Że niby wytwórnia chce z nami zerwać kontrakt. Akurat, przybyło każdemu z nas przez ostatnie dwa tygodnie prawie trzy miliony followersów na tt, płyta się sprzedaje lepiej niż po premierze, może po prostu niektórzy oczekują, ze będzie na niej jakiś pornos z nami w roli głównej. Internet jest pełen tych obrazków typu "Louis and Harry fuck". Jakieś komiksy z nami w łóżku, brutalny seks, sperma na twarzach. Kurwa nawet nie chce mi się o tym myśleć. Dawno nie wychodziłem z domu. Na razie nie chcę. Jedni nas nazywają pierdołami, inni bohaterami. Jedni uważają nas za pierdolonych gejusów, inni za przykład odwagi.
A w domu było idealnie cicho, gdzieś w głębi pokoju tykał cicho zegarek. Louis oddychał spokojnie. Spał obok mnie.
I zupełnie nie dbałem o to co mówią inni.
Wszystko jest w nas.
Wszystko zależy od nas.
Dotknąłem dłonią jego włosów. Dobrze, że znów ma dłuższe. Takiego go pokochałem. Zamknąłem oczy i wziąłem głęboki oddech. To przebywanie z nim było jak narkotyk. Te noce, kiedy zabierał mi całą kołdrę przez sen i marzłem,ale nie chciałem mu jej zabierać, jak dziś. Te wieczory, kiedy przed zaśnięciem całował mnie w czoło. Te poranki, kiedy Niall budził nas po dziesiątej na śniadanie. Jego ciepłe ciało. Jego zapach. Jego głos.
Jeżeli kochasz, nigdy nie bój się tego powiedzieć.
Nie warto bać się prawdy.
I nic, absolutnie nic, nie jest w stanie jej wymazać z Ciebie.
Możesz próbować zapomnieć, wmówić sobie, że tak nie jest, albo udawać, że można zastąpić jedno uczucie drugim.
I nawet jeśli jesteś silny, to nie ma znaczenia.
Bo jeżeli coś jest prawdziwe, to tak czy siak, będziesz musiał się z tym zmierzyć.
Miej odwagę.
Wszedłem pod skrawek kołdry i przytuliłem się do jego klatki piersiowej.
Żyj tak, żeby zawsze być szczęśliwym.
wtorek, 16 października 2012
sobota, 13 października 2012
7. Boże Narodzenie.
Siedziałem w moim pokoju, sam. Zamknąłem dokładnie drzwi, żeby nikt nie wszedł do środka. Z dołu było słychać głos Nialla śpiewającego świąteczne piosenki. Pewnie robi nam wszystkim kolację. To takie kochane z jego strony.
Rozrywałem powoli ten papier i próbowałem oklejając prezenty od początku, ale zdawało się że taśma mnie nienawidzi. Zacząłem wycinać nożyczkami duży, kulawy kwadrat, z taką dokładnością i precyzją, że aż poruszałem językiem, tak żeby aby na pewno dobrze się wycięło. Na pewno przyciąłem porządnie język, nie wiem co dalej.
Tegoroczne prezenty nie miały być drogie tylko miłe. Równie dobrze mógłbym wydać kupę kasy na jakiś świetny gadżet dla Zayna, ale dałem parę dych za kilka płyt z dobrymi starymi komediami. Niallowi kupiłem karton słodyczy. Pewnie niezbyt oryginalne, ale wiedziałem przynajmniej, że na pewno się ucieszy. Liam dostanie pod choinkę szelki, bo ostatnio przytył. Mam nadzieję, że nie obrazi się za ten niewinny żart. Dobrze, że już nie jest taką chudziną. Tak, więc to są moje prezenty. Których za cholerę opakować nie potrafię, bo ten papier się na mnie uwziął. Może powinienem po prostu kupić torebki i włożyć w nie to wszystko. Nie no, bez przesady. Ja, Harry Styles, nie poradzę sobie z takim zadaniem? Jasne, że sobie poradzę.
A, no tak. Jeszcze Louis.
Dla Lou mam misia. Pewnie, że to głupie. Ma ich tyle pod łóżkiem, z resztą jak każdy z nas. Dostajemy te misie przy każdej okazji od fanek. Ale mimo wszystko to byłby miś ode mnie. Tak bardzo ode mnie. Biały miś z poczciwą mordką, z miłego materiału. I nie był wcale szczególny. Dosyć duży, ale siedemdziesiąt centymetrów to nie jest jakiś wielki niedźwiedź. I patrzyłem w oczka temu misiowi i to było bardzo miłe gdy myślałem, że jutro, gdy Lou odpakuje go z papieru, uśmiechnie się do mnie i przytuli mnie mocno. I pocałuje.
Mocowałem się nad tym misiem najdłużej bo trudno było go ładnie obkleić. Dochodziło dwudziesta, naprawdę zgłodniałem. Trochę było mi smutno, że nie spędzam tego Bożego Narodzenia z rodziną. Ale jejku, przecież moja druga rodzina jest tutaj. I może z drugiej strony, to będą najpiękniejsze święta w moim życiu?
Śnieg padał za oknem, więc atmosfera świąteczna udzielała się wszystkim jeszcze bardziej. Przewiązałem różową wstążeczką niekształtny pakunek. W głębi serca byłem z siebie dumny. Potem te wszystkie prezenty wsunąłem pod łóżko i miałem tylko nadzieję, że papier nie zabrudzi się od zalegającego tam kurzu.
Niall śpiewał coraz głośniej, ja zszedłem w końcu na dół uśmiechając się do siebie z zadowolenia. Wszystko było takie idealne. Horan ostatnio przyprowadził do nas tą Justynę. Jest naprawdę miła, myślę, że będą razem szczęśliwi. Ma chyba nawet wpaść do nas na święta, bo niedawno jechała "na chwilę" do siebie do Polski. Może nawet przyjedzie dziś, skoro za dwa dni Boże Narodzenie.
Nie miałem pojęcia, gdzie jest Lou i reszta chłopaków, ale przyjąłem, że może po prostu siedzą w swoich pokojach i opakowują prezenty, jak ja, albo oglądają coś w telewizji w salonie. Przeszedłem przez kuchnię. Niall rzeczywiście coś gotował.
- Co nam robisz? - zapytałem wesoło. W kuchni unosił się dziwny zapach.
Był uśmiechnięty od ucha do ucha. Nareszcie prawdziwie szczęśliwy.
- Justyna zaraz będzie i wiesz, robię bigos, czy jakoś tak. Oni to lubią. Tam u niej. Wiesz.
Zaczerwienił się a ja się roześmiałem. Prawie wszystko było idealne. Postanowiłem poczekać do przyjazdu tej dziewczyny i nic nie wyjadać z lodówki. I wyszedłem nic już nie mówiąc z kuchni do salonu.
Zayn i Lou leżeli w przeciwnych rogach kanapy, zajadając się jakimiś chipsami. Zayn nawet nie zwrócił uwago na to, że wszedłem do pomieszczenia, ale Louis spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
- Chodź tu do mnie. - powiedział i wciąż leżąc wyciągnął ręce przed siebie, żeby mnie przytulić. Przeszedłem szybko przez pokój i rzuciłem się na niego. Przycisnął mnie do siebie.
- Teraz mnie pocałuj głupku.
Odwróciłem głowę i spojrzałem na Zayna. Patrzył na nas kątem oka, wyraźnie nic sobie z tego nie robił. Louis położył rękę na moim policzku i dał mi buziaka, a potem się roześmiał i zrzucił mnie z kanapy.
- Kurwa, co ty robisz?! - wydarłem się i jęknąłem z bólu. Louis chyba nie spodziewał się, że spadnę z takim łomotem, albo, że w ogóle pozwolę się zrzucić z kanapy, więc teraz ze obawą w oczach pomagał mi się podnieść z podłogi.
- Przepraszam.
- Nie przepraszaj, tylko przestań. - warknąłem. To kolejny raz kiedy robił coś podobnego. Louis nie zaśmiał się jak zwykle, nie obrócił tego w żart. I dobrze. Przysunął twarz do mojego policzka, żeby mnie pocałować, a ja odsunąłem się szybko i wyszedłem z pokoju. Nie podobało mi się to, jak mnie czasem traktował. Jasne, nie wolno brać życia na mega poważnie, ale czasem wypada. Czasem po prostu kurwa wydaje mi się, że zasługuję na szacunek z jego strony, szczególnie w sytuacjach, gdy się całujemy.
Ze złością wparowałem z powrotem do kuchni. Niall obejrzał się, żeby zobaczyć kto wchodzi.
- Kurwa!
- Co jest? - zapytał zdziwiony.
Spojrzałem za drzwi z nadzieją, że jeszcze tu przyjdzie i porządnie mnie przeprosi. Nie miał takiego zamiaru. Byłem na niego zły.
- Problemy w związku? - Niallowi nic nie mogło popsuć humoru, śmiał się teraz ze mnie. Miałem ochotę go kopnąć, albo włożyć mu ten "bisog" w dupę kiedy dawał mi do posmakowania.
- Dlaczego on mnie nie szanuje?! Dlaczego o mnie nie dba?! Bawi się ze mną, to jest tab beznadziejne, że...
- Nie obrażaj się na niego - wszedł mi w słowo - zawsze taki był. Nagle oczekujesz, żeby się zmienił?
- Ja zmieniłbym się dla niego. - warknąłem.
Niall położył ścierkę na blacie kuchni i oparł się o stół plecami, patrząc na mnie w tak cholernie denerwujący sposób.
- Serio? A jakoś się zmieniłeś?
- Nie, bo jakoś nie ma potrzeby, ale gdyby była...
- Nie byłoby - znów mi przerwał - bo Louis kocha Cię takiego, jakim jesteś. - dokończył dobitnie.
Zacisnąłem pięści, tak, że paznokcie wrzynały mi się w skórę. Byłem zły, ale już tylko na siebie. Niall miał rację. Niall zawsze ma rację. Ale mimo wszystko...
Usłyszeliśmy dzwonek drzwi. Blondyn przeszedł obok mnie, poklepując mnie po drodze po ramieniu i poszedł do holu. Patrzyłem jeszcze tępo przed siebie. Jakim ja egoistą do cholery jestem.
A potem usłyszałem krzyk Nialla i serce zabiło mi szybciej z przerażenia. pobiegłem szybko do drzwi wejściowych, trzymając telefon w dłoni, żeby móc ewentualnie dzwonić na policję, albo pogotowie, albo cholera wie co. A potem zobaczyłem Nialla, Liama i Danielle. A ci ostatni trzymali się za ręce, uśmiechnięci od ucha do ucha. A Niall krzyczał ze szczęścia, wołając już resztę chłopaków.
- DANIELLE WRÓCIŁA!!!
Złość ze mnie zeszła, podbiegłem do Danielle i przytuliłem ją mocno, nie zważając na to, jakim wzrokiem zmierzył mnie Liam. Jak dobrze, że znów są razem. teraz już wszyscy są szczęśliwi. I Liam objął swoją dziewczynę i nic nie mogło być już źle.
A potem w drzwiach stanęła Justyna z ogromną różową walizką. I Niall rzucił się na nią, i wszyscy byliśmy tak szczęśliwi i podekscytowani.
Bardziej wszystko chyba już nie mogło się ułożyć. I zjedliśmy razem kolację, i Justyna chwaliła Nialla za bicośtam. A w jadalni pachniało choinką, którą dzień wcześniej ustroiłem z Zaynem. A potem poszedłem do siebie do pokoju. Wcale nie było późno. Ale usiadłem na łóżku i schowałem twarz w dłonie. Niby było wszystko okej, niby żyliśmy życiem jak z bajki, a jednak brakowało mi... Powinienem stroić tą choinkę z Louisem.
Harry, idioto, naprawdę to jest dla Ciebie takie ważne? - usłyszałem w głowie. I odpowiedź nasunęła się sama.
Tak, cholernie jest. I powinien być teraz ze mną, jak Niall jest teraz z Justyną w swoim pokoju, a Liam z Danielle. Ale skoro woli grać w ps3 z Zaynem, proszę bardzo. Nawet nie spytał mnie czy chcę z nimi grać.
Kurwa, Harry nie zachowuj się jak baba. - usłyszałem znowu ten głos w głowie.
A potem położyłem się na łóżku i zasnąłem. Miałem nadzieję, że następny dzień będzie lepszy. Miała być Wigilia i Justyna powiedziała, że zjemy kolację i damy sobie prezenty.
Planowałem więc spać spokojnie co najmniej do szesnastej. Przynajmniej nie będe przeszkadzać Niallowi i Justynie w kuchni - myślałem.
I śnił mi się śnieg i Louis mówiący mi w tym śniegu, w jakimś pustkowiu, jak bardzo ma mnie dość. Obudziłem się z mokrymi od łez oczami jeszcze przed ósmą.
- Harry, ty cipo. - szepnąłem do lustra.
- Siadajcie do stołu, najpierw jemy, potem prezenty! - krzyczała zadowolona Justyna. Cholera, tak zajebiście mówiła po angielsku, nigdy nie powiedziałbym, że to Polka. Chciałem zająć miejsce między Niallem a Zaynem, a wtedy ona wskazała mi miejsce przy Lou.
Prawdę mówiąc nie gadałem z nim od czasu, kiedy zrzucił mnie z tego łóżka. Teraz było mi żal, nie powinienem być na niego zły. Głupio.
Usiadłem przy nim, a on nic sobie z tego nie robił, tylko dalej rozmawiał z Perrie. Gdyby nie fakt, że była dziewczyną Zayna i że Zayn nigdy by jej Louisowi nie oddał, byłbym mocno zazdrosny.
Wszyscy zadowoleni jedli i rozmawiali ze sobą, a ja siedziałem, patrząc tępo w talerz, bo szczerze mówiąc w ogóle mi nie smakowało to "polskie Boże Narodzenie". Może to nawet nie wina potraw, a tego, że Louis próbował mi udowadniać, że mnie nie potrzebuje. Kurwa, ale my jesteśmy idiotami.
- Chodźcie do salonu na prezenty - rzucił Niall, kiedy objadł się już zupełnie. Louis pierwszy wstał od stołu i ruszył do pokoju obok, reszta za nim. Był taki ruchliwy, energiczny, szczęśliwy i denerwujący i tak bardzo go kochałem, a on robił mi na złość. A może on naprawdę ma mnie dość. Nie, tylko sobie wmawiam. Przecież to chwilowe. Za bardzo się kochamy.
Poukładaliśmy prezenty pod choinką i teraz Justyna wyjmowała je i czytała imiona napisane na opakowaniach. To było słodkie. Ona była słodka. Najbardziej dziecinne i słodkie święta w moim dorosłym życiu, tak myślę.
Od Justyny i Nialla dostałem jakieś zajebiście drogie wino. Wypiję je sam - pomyślałem. Od Liama i Danielle dostałem książkę. Rozbawiło mnie to, bo ostatnio w ogóle nie czytam, a oni kupili mi jakiś kryminał. Od Zayna i Perrie jakieś wypasione słuchawki. Potem Louis z rąk Justyny otrzymał pakunek ode mnie. Rozerwał go szybko i spojrzał na misia trochę zdziwiony, a potem postawił go na podłogę. Nie uśmiechnął się, nie ucieszył. Po prostu położył koło kanapy.
Kurwa.
A najgorsze było to, że nie dostałem nic od Louisa.
Wszyscy się śmiali, ogólnie musiało być super, Liam wyciągnął jakiś dobry alkohol. Próbowałem sprawić, żeby Louis na mnie chociaż spojrzał. I nic. Siedziałem na tej podłodze i czułem, że oczy zajdą mi zaraz łzami, ale byłem twardy i dzielnie gapiłem się w jego twarz. A on patrzył na Liama. Wypiłem jeszcze kilka kieliszków i podniosłem się z podłogi.
- Przepraszam was, ale chyba mi coś zaszkodziło, lepiej już pójdę.
Miałem wrażenie, ze wszyscy olali fakt, że jestem obłożnie chory. I wyszedłem szybko z pokoju i pobiegłem po schodach do siebie. Trzasnąłem wściekły drzwiami. I wydarłem się głośno z wściekłości. Nie obchodziło mnie już nawet czy tam na dole usłyszą oznaki mojej furii. Nienawidzę siebie, nienawidzę jego, KURWA.
To ostatnio wyrwało mi się z ust.
Rzuciłem się na łóżko, wciąż powstrzymując się od łez.
Spojrzałem na wyświetlacz telefonu. Dopiero dochodziła dwudziesta. Dwudziesty czwarty grudnia.
Cholera.
Jego urodziny.
Cholera.
Jak mogłem zapomnieć, że on ma urodziny. Przecież powinienem dać mu coś jeszcze. Powinienem mu złożyć te głupi życzenia i przeprosić. Harry, ty idioto.
Jakiś cholerny kryzys w naszym głupim związku, a przecież wszystko co robię, robię dla niego.
A potem zasnąłem, spłakany, rozczarowany. Bo nie przyszedł do mnie, a miałem nadzieję, że przyjdzie i przeprosi. Za cokolwiek.
- Harry.
Poczułem ciepłą dłoń odgarniającą mi loki z oczu.
- Harry.
Otworzyłem oczy, było ciemno, a pierwsza myśl była taka sama, jak i ostatnia przed zaśnięciem.
- Zapomniałem złożyć Ci życzeń urodzinowych. Nie mam nawet dla Ciebie prezentu. - podnosiłem się z leżącej pozycji i widziałem tylko zarys jego twarzy, siedział na łóżku i nie patrzył na mnie, tylko gdzieś na tą głupią szafę - Louis. Przepraszam.
Milczał. Patrzył na mnie przez chwilę, a potem znów obserwował szafę.
- Nie powinienem wymagać od Ciebie, żebyś się zmienił, bo.. - głos mi się załamał - bo pokochałem Ciebie takiego jakim jesteś. I jesteś dla mnie najważniejszy na świecie, rozumiesz? I nie ma nic ważniejszego. I choćbyś zepchnął mnie z wieżowca zamiast z łóżka to kochałbym Cię nadal.
Nic nie mówił.
Przysunąłem się do niego i oparłem głowę o jego ramię.
- Ale jeśli masz mnie już dość to powiedz mi to teraz, proszę.
Głos mi niebezpiecznie drżał. A on milczał dalej. I patrzył na tą głupią szafę. Tak bardzo pachniał sobą. Tak bardzo go kochałem.
- Chcę Ci coś dać na urodziny. - wyszeptałem - Nic innego nie mam.
Dotknąłem dłonią jego policzka i przekręciłem jego głowę, tak, że teraz musiał na mnie spojrzeć. A ja musiałem spojrzeć mu w oczy.
Płakał.
To bolało najbardziej na świecie, bo płakał przeze mnie.
- Przepraszam, mam dla Ciebie tylko to. - szepnąłem.
A potem pocałowałem go. Delikatnie wsunąłem dłoń w jego włosy, a drugą dotykałem gładkiej skóry policzka. I czułem jego łzy przyklelające się do mojego podbródka. A potem jego dłonie trafiły gdzieś w okolice mojego pasa i objął mnie.
Odchylił się delikatnie. Spojrzał mi w oczy.
- Jestem idiotą. - powiedział - i nie wyobrażasz sobie, jak cierpiałem przez ten jeden głupi dzień, kiedy ze sobą nie gadaliśmy. I nie wyobrażam sobie, jak musiałeś cierpieć Ty. Wybacz mi, proszę. - głos mu się załamał. Przytuliłem się do niego, nic już nie mówiąc.
- I wiesz co, Harry? - szepnął - przygotowałem dla Ciebie taki sam bożonarodzeniowy prezent, jaki Ty dałeś mi na urodziny.
Przespaliśmy tą noc razem. I następną. I kolejne siedem, albo czterdzieści dwie.
To zupełnie nieważne.
Ważne, że razem.
Rozrywałem powoli ten papier i próbowałem oklejając prezenty od początku, ale zdawało się że taśma mnie nienawidzi. Zacząłem wycinać nożyczkami duży, kulawy kwadrat, z taką dokładnością i precyzją, że aż poruszałem językiem, tak żeby aby na pewno dobrze się wycięło. Na pewno przyciąłem porządnie język, nie wiem co dalej.
Tegoroczne prezenty nie miały być drogie tylko miłe. Równie dobrze mógłbym wydać kupę kasy na jakiś świetny gadżet dla Zayna, ale dałem parę dych za kilka płyt z dobrymi starymi komediami. Niallowi kupiłem karton słodyczy. Pewnie niezbyt oryginalne, ale wiedziałem przynajmniej, że na pewno się ucieszy. Liam dostanie pod choinkę szelki, bo ostatnio przytył. Mam nadzieję, że nie obrazi się za ten niewinny żart. Dobrze, że już nie jest taką chudziną. Tak, więc to są moje prezenty. Których za cholerę opakować nie potrafię, bo ten papier się na mnie uwziął. Może powinienem po prostu kupić torebki i włożyć w nie to wszystko. Nie no, bez przesady. Ja, Harry Styles, nie poradzę sobie z takim zadaniem? Jasne, że sobie poradzę.
A, no tak. Jeszcze Louis.
Dla Lou mam misia. Pewnie, że to głupie. Ma ich tyle pod łóżkiem, z resztą jak każdy z nas. Dostajemy te misie przy każdej okazji od fanek. Ale mimo wszystko to byłby miś ode mnie. Tak bardzo ode mnie. Biały miś z poczciwą mordką, z miłego materiału. I nie był wcale szczególny. Dosyć duży, ale siedemdziesiąt centymetrów to nie jest jakiś wielki niedźwiedź. I patrzyłem w oczka temu misiowi i to było bardzo miłe gdy myślałem, że jutro, gdy Lou odpakuje go z papieru, uśmiechnie się do mnie i przytuli mnie mocno. I pocałuje.
Mocowałem się nad tym misiem najdłużej bo trudno było go ładnie obkleić. Dochodziło dwudziesta, naprawdę zgłodniałem. Trochę było mi smutno, że nie spędzam tego Bożego Narodzenia z rodziną. Ale jejku, przecież moja druga rodzina jest tutaj. I może z drugiej strony, to będą najpiękniejsze święta w moim życiu?
Śnieg padał za oknem, więc atmosfera świąteczna udzielała się wszystkim jeszcze bardziej. Przewiązałem różową wstążeczką niekształtny pakunek. W głębi serca byłem z siebie dumny. Potem te wszystkie prezenty wsunąłem pod łóżko i miałem tylko nadzieję, że papier nie zabrudzi się od zalegającego tam kurzu.
Niall śpiewał coraz głośniej, ja zszedłem w końcu na dół uśmiechając się do siebie z zadowolenia. Wszystko było takie idealne. Horan ostatnio przyprowadził do nas tą Justynę. Jest naprawdę miła, myślę, że będą razem szczęśliwi. Ma chyba nawet wpaść do nas na święta, bo niedawno jechała "na chwilę" do siebie do Polski. Może nawet przyjedzie dziś, skoro za dwa dni Boże Narodzenie.
Nie miałem pojęcia, gdzie jest Lou i reszta chłopaków, ale przyjąłem, że może po prostu siedzą w swoich pokojach i opakowują prezenty, jak ja, albo oglądają coś w telewizji w salonie. Przeszedłem przez kuchnię. Niall rzeczywiście coś gotował.
- Co nam robisz? - zapytałem wesoło. W kuchni unosił się dziwny zapach.
Był uśmiechnięty od ucha do ucha. Nareszcie prawdziwie szczęśliwy.
- Justyna zaraz będzie i wiesz, robię bigos, czy jakoś tak. Oni to lubią. Tam u niej. Wiesz.
Zaczerwienił się a ja się roześmiałem. Prawie wszystko było idealne. Postanowiłem poczekać do przyjazdu tej dziewczyny i nic nie wyjadać z lodówki. I wyszedłem nic już nie mówiąc z kuchni do salonu.
Zayn i Lou leżeli w przeciwnych rogach kanapy, zajadając się jakimiś chipsami. Zayn nawet nie zwrócił uwago na to, że wszedłem do pomieszczenia, ale Louis spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
- Chodź tu do mnie. - powiedział i wciąż leżąc wyciągnął ręce przed siebie, żeby mnie przytulić. Przeszedłem szybko przez pokój i rzuciłem się na niego. Przycisnął mnie do siebie.
- Teraz mnie pocałuj głupku.
Odwróciłem głowę i spojrzałem na Zayna. Patrzył na nas kątem oka, wyraźnie nic sobie z tego nie robił. Louis położył rękę na moim policzku i dał mi buziaka, a potem się roześmiał i zrzucił mnie z kanapy.
- Kurwa, co ty robisz?! - wydarłem się i jęknąłem z bólu. Louis chyba nie spodziewał się, że spadnę z takim łomotem, albo, że w ogóle pozwolę się zrzucić z kanapy, więc teraz ze obawą w oczach pomagał mi się podnieść z podłogi.
- Przepraszam.
- Nie przepraszaj, tylko przestań. - warknąłem. To kolejny raz kiedy robił coś podobnego. Louis nie zaśmiał się jak zwykle, nie obrócił tego w żart. I dobrze. Przysunął twarz do mojego policzka, żeby mnie pocałować, a ja odsunąłem się szybko i wyszedłem z pokoju. Nie podobało mi się to, jak mnie czasem traktował. Jasne, nie wolno brać życia na mega poważnie, ale czasem wypada. Czasem po prostu kurwa wydaje mi się, że zasługuję na szacunek z jego strony, szczególnie w sytuacjach, gdy się całujemy.
Ze złością wparowałem z powrotem do kuchni. Niall obejrzał się, żeby zobaczyć kto wchodzi.
- Kurwa!
- Co jest? - zapytał zdziwiony.
Spojrzałem za drzwi z nadzieją, że jeszcze tu przyjdzie i porządnie mnie przeprosi. Nie miał takiego zamiaru. Byłem na niego zły.
- Problemy w związku? - Niallowi nic nie mogło popsuć humoru, śmiał się teraz ze mnie. Miałem ochotę go kopnąć, albo włożyć mu ten "bisog" w dupę kiedy dawał mi do posmakowania.
- Dlaczego on mnie nie szanuje?! Dlaczego o mnie nie dba?! Bawi się ze mną, to jest tab beznadziejne, że...
- Nie obrażaj się na niego - wszedł mi w słowo - zawsze taki był. Nagle oczekujesz, żeby się zmienił?
- Ja zmieniłbym się dla niego. - warknąłem.
Niall położył ścierkę na blacie kuchni i oparł się o stół plecami, patrząc na mnie w tak cholernie denerwujący sposób.
- Serio? A jakoś się zmieniłeś?
- Nie, bo jakoś nie ma potrzeby, ale gdyby była...
- Nie byłoby - znów mi przerwał - bo Louis kocha Cię takiego, jakim jesteś. - dokończył dobitnie.
Zacisnąłem pięści, tak, że paznokcie wrzynały mi się w skórę. Byłem zły, ale już tylko na siebie. Niall miał rację. Niall zawsze ma rację. Ale mimo wszystko...
Usłyszeliśmy dzwonek drzwi. Blondyn przeszedł obok mnie, poklepując mnie po drodze po ramieniu i poszedł do holu. Patrzyłem jeszcze tępo przed siebie. Jakim ja egoistą do cholery jestem.
A potem usłyszałem krzyk Nialla i serce zabiło mi szybciej z przerażenia. pobiegłem szybko do drzwi wejściowych, trzymając telefon w dłoni, żeby móc ewentualnie dzwonić na policję, albo pogotowie, albo cholera wie co. A potem zobaczyłem Nialla, Liama i Danielle. A ci ostatni trzymali się za ręce, uśmiechnięci od ucha do ucha. A Niall krzyczał ze szczęścia, wołając już resztę chłopaków.
- DANIELLE WRÓCIŁA!!!
Złość ze mnie zeszła, podbiegłem do Danielle i przytuliłem ją mocno, nie zważając na to, jakim wzrokiem zmierzył mnie Liam. Jak dobrze, że znów są razem. teraz już wszyscy są szczęśliwi. I Liam objął swoją dziewczynę i nic nie mogło być już źle.
A potem w drzwiach stanęła Justyna z ogromną różową walizką. I Niall rzucił się na nią, i wszyscy byliśmy tak szczęśliwi i podekscytowani.
Bardziej wszystko chyba już nie mogło się ułożyć. I zjedliśmy razem kolację, i Justyna chwaliła Nialla za bicośtam. A w jadalni pachniało choinką, którą dzień wcześniej ustroiłem z Zaynem. A potem poszedłem do siebie do pokoju. Wcale nie było późno. Ale usiadłem na łóżku i schowałem twarz w dłonie. Niby było wszystko okej, niby żyliśmy życiem jak z bajki, a jednak brakowało mi... Powinienem stroić tą choinkę z Louisem.
Harry, idioto, naprawdę to jest dla Ciebie takie ważne? - usłyszałem w głowie. I odpowiedź nasunęła się sama.
Tak, cholernie jest. I powinien być teraz ze mną, jak Niall jest teraz z Justyną w swoim pokoju, a Liam z Danielle. Ale skoro woli grać w ps3 z Zaynem, proszę bardzo. Nawet nie spytał mnie czy chcę z nimi grać.
Kurwa, Harry nie zachowuj się jak baba. - usłyszałem znowu ten głos w głowie.
A potem położyłem się na łóżku i zasnąłem. Miałem nadzieję, że następny dzień będzie lepszy. Miała być Wigilia i Justyna powiedziała, że zjemy kolację i damy sobie prezenty.
Planowałem więc spać spokojnie co najmniej do szesnastej. Przynajmniej nie będe przeszkadzać Niallowi i Justynie w kuchni - myślałem.
I śnił mi się śnieg i Louis mówiący mi w tym śniegu, w jakimś pustkowiu, jak bardzo ma mnie dość. Obudziłem się z mokrymi od łez oczami jeszcze przed ósmą.
- Harry, ty cipo. - szepnąłem do lustra.
- Siadajcie do stołu, najpierw jemy, potem prezenty! - krzyczała zadowolona Justyna. Cholera, tak zajebiście mówiła po angielsku, nigdy nie powiedziałbym, że to Polka. Chciałem zająć miejsce między Niallem a Zaynem, a wtedy ona wskazała mi miejsce przy Lou.
Prawdę mówiąc nie gadałem z nim od czasu, kiedy zrzucił mnie z tego łóżka. Teraz było mi żal, nie powinienem być na niego zły. Głupio.
Usiadłem przy nim, a on nic sobie z tego nie robił, tylko dalej rozmawiał z Perrie. Gdyby nie fakt, że była dziewczyną Zayna i że Zayn nigdy by jej Louisowi nie oddał, byłbym mocno zazdrosny.
Wszyscy zadowoleni jedli i rozmawiali ze sobą, a ja siedziałem, patrząc tępo w talerz, bo szczerze mówiąc w ogóle mi nie smakowało to "polskie Boże Narodzenie". Może to nawet nie wina potraw, a tego, że Louis próbował mi udowadniać, że mnie nie potrzebuje. Kurwa, ale my jesteśmy idiotami.
- Chodźcie do salonu na prezenty - rzucił Niall, kiedy objadł się już zupełnie. Louis pierwszy wstał od stołu i ruszył do pokoju obok, reszta za nim. Był taki ruchliwy, energiczny, szczęśliwy i denerwujący i tak bardzo go kochałem, a on robił mi na złość. A może on naprawdę ma mnie dość. Nie, tylko sobie wmawiam. Przecież to chwilowe. Za bardzo się kochamy.
Poukładaliśmy prezenty pod choinką i teraz Justyna wyjmowała je i czytała imiona napisane na opakowaniach. To było słodkie. Ona była słodka. Najbardziej dziecinne i słodkie święta w moim dorosłym życiu, tak myślę.
Od Justyny i Nialla dostałem jakieś zajebiście drogie wino. Wypiję je sam - pomyślałem. Od Liama i Danielle dostałem książkę. Rozbawiło mnie to, bo ostatnio w ogóle nie czytam, a oni kupili mi jakiś kryminał. Od Zayna i Perrie jakieś wypasione słuchawki. Potem Louis z rąk Justyny otrzymał pakunek ode mnie. Rozerwał go szybko i spojrzał na misia trochę zdziwiony, a potem postawił go na podłogę. Nie uśmiechnął się, nie ucieszył. Po prostu położył koło kanapy.
Kurwa.
A najgorsze było to, że nie dostałem nic od Louisa.
Wszyscy się śmiali, ogólnie musiało być super, Liam wyciągnął jakiś dobry alkohol. Próbowałem sprawić, żeby Louis na mnie chociaż spojrzał. I nic. Siedziałem na tej podłodze i czułem, że oczy zajdą mi zaraz łzami, ale byłem twardy i dzielnie gapiłem się w jego twarz. A on patrzył na Liama. Wypiłem jeszcze kilka kieliszków i podniosłem się z podłogi.
- Przepraszam was, ale chyba mi coś zaszkodziło, lepiej już pójdę.
Miałem wrażenie, ze wszyscy olali fakt, że jestem obłożnie chory. I wyszedłem szybko z pokoju i pobiegłem po schodach do siebie. Trzasnąłem wściekły drzwiami. I wydarłem się głośno z wściekłości. Nie obchodziło mnie już nawet czy tam na dole usłyszą oznaki mojej furii. Nienawidzę siebie, nienawidzę jego, KURWA.
To ostatnio wyrwało mi się z ust.
Rzuciłem się na łóżko, wciąż powstrzymując się od łez.
Spojrzałem na wyświetlacz telefonu. Dopiero dochodziła dwudziesta. Dwudziesty czwarty grudnia.
Cholera.
Jego urodziny.
Cholera.
Jak mogłem zapomnieć, że on ma urodziny. Przecież powinienem dać mu coś jeszcze. Powinienem mu złożyć te głupi życzenia i przeprosić. Harry, ty idioto.
Jakiś cholerny kryzys w naszym głupim związku, a przecież wszystko co robię, robię dla niego.
A potem zasnąłem, spłakany, rozczarowany. Bo nie przyszedł do mnie, a miałem nadzieję, że przyjdzie i przeprosi. Za cokolwiek.
- Harry.
Poczułem ciepłą dłoń odgarniającą mi loki z oczu.
- Harry.
Otworzyłem oczy, było ciemno, a pierwsza myśl była taka sama, jak i ostatnia przed zaśnięciem.
- Zapomniałem złożyć Ci życzeń urodzinowych. Nie mam nawet dla Ciebie prezentu. - podnosiłem się z leżącej pozycji i widziałem tylko zarys jego twarzy, siedział na łóżku i nie patrzył na mnie, tylko gdzieś na tą głupią szafę - Louis. Przepraszam.
Milczał. Patrzył na mnie przez chwilę, a potem znów obserwował szafę.
- Nie powinienem wymagać od Ciebie, żebyś się zmienił, bo.. - głos mi się załamał - bo pokochałem Ciebie takiego jakim jesteś. I jesteś dla mnie najważniejszy na świecie, rozumiesz? I nie ma nic ważniejszego. I choćbyś zepchnął mnie z wieżowca zamiast z łóżka to kochałbym Cię nadal.
Nic nie mówił.
Przysunąłem się do niego i oparłem głowę o jego ramię.
- Ale jeśli masz mnie już dość to powiedz mi to teraz, proszę.
Głos mi niebezpiecznie drżał. A on milczał dalej. I patrzył na tą głupią szafę. Tak bardzo pachniał sobą. Tak bardzo go kochałem.
- Chcę Ci coś dać na urodziny. - wyszeptałem - Nic innego nie mam.
Dotknąłem dłonią jego policzka i przekręciłem jego głowę, tak, że teraz musiał na mnie spojrzeć. A ja musiałem spojrzeć mu w oczy.
Płakał.
To bolało najbardziej na świecie, bo płakał przeze mnie.
- Przepraszam, mam dla Ciebie tylko to. - szepnąłem.
A potem pocałowałem go. Delikatnie wsunąłem dłoń w jego włosy, a drugą dotykałem gładkiej skóry policzka. I czułem jego łzy przyklelające się do mojego podbródka. A potem jego dłonie trafiły gdzieś w okolice mojego pasa i objął mnie.
Odchylił się delikatnie. Spojrzał mi w oczy.
- Jestem idiotą. - powiedział - i nie wyobrażasz sobie, jak cierpiałem przez ten jeden głupi dzień, kiedy ze sobą nie gadaliśmy. I nie wyobrażam sobie, jak musiałeś cierpieć Ty. Wybacz mi, proszę. - głos mu się załamał. Przytuliłem się do niego, nic już nie mówiąc.
- I wiesz co, Harry? - szepnął - przygotowałem dla Ciebie taki sam bożonarodzeniowy prezent, jaki Ty dałeś mi na urodziny.
Przespaliśmy tą noc razem. I następną. I kolejne siedem, albo czterdzieści dwie.
To zupełnie nieważne.
Ważne, że razem.
poniedziałek, 1 października 2012
6. Pierwszy śnieg.
Siedziałem w swoim pokoju, słuchając muzyki. Byłem w domu sam. To dobrze. I dobrze, że znów jak dawniej mieszkamy w jednym domu. Może ta półroczna przerwa od siebie nam pomogła. Teraz gdzieś wszyscy poszli, nie wiem gdzie. Śpiewałem sobie piosenki, które leciały z wieży. Dochodziła 15. Dwadzieścia minut temu wstałem, więc nie miałem na sobie nic oprócz majtek. Lubiłem taki outfit.
Podrapałem się po udzie, drugą ręką szukając pilota. Pogłośniłem muzykę i wyjrzałem przez okno. Padał śnieg. Grudzień. Nawet nie wiem który, ale do świąt jeszcze ze dwa tygodnie. Całkowity luz, "take me home" sprzedaje się świetnie, dziś mamy dzień wolny, dopiero jutro jakieś wywiady. To było trochę nudne. Każdy z tych dziennikarzy pytał o to samo. O ulubioną piosenkę z płyty, o jakieś anegdoty, o nasze przyjaźnie o nasze dziewczyny, aż w końcu o mnie i o Louisa. "Jesteś z Louisem bliżej niż wcześniej, prawda Harry?", "Wasza przyjaźń jest piękna, ostatnio zacieśniliście tą więź, Harry, kochasz Lou?", "Harry czy Ciebie i Louisa łączy coś więcej niż przyjaźń?", "Czy to prawda, że całowaliście się w londyńskim metrze, Harry?", "Czy Ty i Louis ukrywacie coś przed swoimi fanami?".
Generalnie to ostatnie pytanie było najbardziej zabawne. Bo tak, po każdym takim pytaniu wybuchaliśmy z Louisem śmiechem. W każdym razie zdawało nam się czasem, że nasi fani wiedzą lepiej od nas samych, co się święci. I najpiękniejsze jest to, że nas wspierali. Nasz kochany #bullshitteam który zawsze stanie w naszej obronie. Chociaż przecież się nie deklarujemy. Zachowujemy się jak gdyby nigdy nic. Właściwie to moje życie sprzed i w czasie trwania mojego związku z Lou niczym się nie różniło.
Hah, może oprócz tych kilku skarg ze strony Zayna, że moglibyśmy być ciszej wieczorami. Albo oprócz tych wszystkich wieczorów, kiedy przytula mnie mocno i całuje w czoło, gdy oglądamy kolejną nieśmieszną komedię.
To była chyba najpiękniejsza jesień mojego życia. Tego się nie da opisać. Kiedy największe marzenie się spełnia, i wszystkie zmartwienia nie mają znaczenia, problemy odchodzą na bok. Ciągle mylimy swoje szczoteczki do zębów, a Louis pisze mazakiem na lustrze poranne powitania. Powitania. To jest chyba właściwie słowo. Bo one mają formę nieco inną, typu "umyj się, Brudasie". A pod spodem zamiast podpisu, to niezwykłe, tak często i tak prawdziwie wyznawane "Kocham Cię".
Te ostatnie ponad już cztery miesiące to jest najpiękniejszy sen, bajka ukrywana przed światem. I kiedy patrzę przez to okno, myślę tylko o jednym. Okej, może o dwóch sprawach, bo jestem też cholernie głodny i chciałbym coś zjeść. Ale mam nadzieję, że napada mnóstwo śniegu. A potem wyjdziemy na dwór i zrobię z Lou bałwana.
Zadzwonił dzwonek do drzwi. Burczało mi w brzuchu i trochę zmarzłem tak bez ubrań. Pewnie któryś z chłopaków nie wziął klucza, czy coś. Powlokłem się na dół. Przeszedłem przez kuchnię, żeby znaleźć sobie coś jeszcze do zjedzenia w lodówce, chwyciłem jakiego kabanosa i już miałem go ugryźć, ale zrezygnowałem ostatecznie, bo dzwonek ciągle i jakoś tak niecierpliwie dzwonił. Pobiegłem pod drzwi i otworzyłem je, nie przejmując się swoją nagością. Poczułem przejmujące zimno z dworu, a potem zanim zdążyłem się zorientować co się dzieje usłyszałem krótkie "plask" i poczułem ból policzka.
Eleanor.
Przeszywała mnie spojrzeniem i nie wiedziałem już od czego jest mi bardziej zimno. Czy od tego śniegu, który wpadał do holu, czy od jej zwężonych źrenic. Nie widziałem jej od... od sierpnia. Stała przede mną z założonymi rekami, zła, wręcz wściekła. Ja położyłem dłoń na swoim policzku mimowolnie sycząc z bólu. Taka drobna a taka silna.
- On nie jest pedałem, ale Ty tak. Dopiero dziś to zrozumiałam. Grasz na jego uczuciach, jesteś jego przyjacielem, więc nie chce Cię zawieść. Dużo się dziś dowiedziałam o WAS Styles. I mam zamiar powiedzieć to wszystkim. I skończy się ta sielanka. Nie jesteś go wart. Nie wiem, dlaczego chcesz mu zniszczyć życie. Nigdy bym Cię o to nie podejrzewała, wmówiłeś mu że jest jakimś pedałem. I nawet nie jest Ci przykro. Nie jest Ci przykro, prawda? Zniszczyłeś nasz związek i wmówiłeś mu że jest JAKIMŚ JEBANYM PEDAŁEM, jesteś NIKIM.
Wpadła w furię, na szczęście okazywała ją tylko słowami.
- Myślisz, że mi nie uwierzą? Mam dowody, mam zdjęcia, brukowce się tym zainteresują. Myślisz, że nie uwierzą mi kiedy będę opowiadać, jak bardzo go wykorzystujesz seksualnie? Własnego przyjaciela?? Wypierdolą cię na zbity pysk, Styles. Z tego zespołu, z ich życia.
Oddychałem szybciej.
- Elka, spierdalaj, dobrze?
Roześmiała się a potem spojrzała na mnie z pogardą. Szczerze powiedziawszy miałem to w dupie, co i komu ona powie. Zaskoczyło mnie tylko, że przez te cztery miesiące węszyła wokół sprawy i że wreszcie się domyśliła, o co chodzi. Brawo. Tak jest, rzucił Cię dla mnie.
Ugryzłem kabanosa i powoli przeżuwałem kęs.
- Będziesz żałował. - rzuciła wściekle.
Ja za to trzasnąłem drzwiami przed jej nosem.
- Jasne - powiedziałem sam do siebie i poszedłem na górę się ubrać. Strasznie zmarzłem. Naprawdę nie dbałem o to, co i komu ona powie. Nie mogła mieć żadnych dowodów, bo przecież nie pokazujemy się z Lou publicznie jako para. Nikt jej nie uwierzy. Każdy rozsądny pomyśli, że chce się zemścić na Louisie. A poza tym, jak dla mnie, to niech cały świat się dowie. Czasem cieszyłem się z tej odrobiny prywatności, jaką jest nasz związek, ale co ja mogę poradzić. Kiedyś i tak wyszłoby to na jaw.
Ubrałem się i powlokłem przed TV. Przeglądałem te wszystkie kanały i nie znalazłem nic ciekawego, wszedłem na twittera w telefonie. Z ciekawości zajrzałem na twittera Eleanor. Nic tam o mnie i Lou nie było. I bardzo dobrze. Nic nam nie zrobi. Ostatecznie znudzony tweetnąłem "Dzień dobry, co za szalony dzień". Nawet nie będę próbował przeczytać jakiejkolwiek odpowiedzi. Wygasiłem ekran.
Albo.
"@Louis_Tomlinson, gdzie jesteś kochanie?" tweetnąłem. Raz się żyje. Uśmiechnąłem się do ekranu. Zaraz twitter oszaleje. Ale prędzej ja oszaleję tu sam w tym domu.
Przysnąłem trochę na kanapie. Strasznie mnie to denerwowało, że chłopaki nie wracali, chociaż była już prawie piąta. Potem do domu wpadł Niall i Liam.
- Jak tam, Hazza? Już wstałeś?
- Jeszcze nie - odpowiedziałem powoli - Gdzie Louis?
Niall przytulił mnie do siebie z ogromnym uśmiechem na twarzy.
- Ale wy jesteście słodcy - rzucił do mnie - poszedł z Zaynem jak zwykle na zakupy.
Udałem zasmuconego.
- A mnie ze sobą nie wziął..?
Niall zaśmiał się.
- Nie chciał budzić swojego Kochasia.
Uśmiechnąłem się. Prawda jest taka, że to było cudowne.
- A wy gdzie byliście? - rzuciłem jeszcze.
- Też na zakupach, Liam kupił sobie z dziesięć par spodni! - wskazał na swojego przyjaciela - ale Twój jest na spożywce.
Twój.
Czyli Mój.
- Powinni zaraz wrócić - powiedział Liam wyłaniając się z kuchni - a przynajmniej przydałoby się, żeby wrócili, bo w lodówce rano były już tylko kabanosy, a teraz nie ma już nic.
Wzruszyłem ramionami.
- Byłem głodny.
Liam rozczochrał mi włosy.
Nagle do pokoju wpakowali się Louis i Zayn, z torbami pełnymi jedzenia, w kurtach i czapkach, wnosząc do domu mnóstwo śniegu i błota.
- Moja śnieżynka wreszcie wstała!! - krzyknął piskliwie. Wszyscy zaczęli się głośno śmiać. Rzucił torby w kąt i pobiegł przez pokój, a potem rzucił się na mnie. Był taki zimny, ale przytuliłem go mocno i dałem buziaka w usta. Popatrzył mi w oczy. Wtedy mi się przypomniało.
- Musimy pogadać. - powiedziałem trochę zbyt poważnie i Lou przeraził się. A mimo wszystko po chwili dodałem - Natychmiast, Lou.
Chłopacy śmiali się głośno, więc chyba nie usłyszeli, co mówiłem do Louisa, tym dla nas lepiej, bo nie chciałem, żeby się wtrącali. Poszliśmy do jego pokoju. Usiadłem na jego nieposłanym łóżku, a on rzucił się na mnie dłoń przesuwając po moim karku.
- Masz zimne ręce, przestań.
Pocałował mnie.
- Eleanor mnie dziś spoliczkowała.
Odchylił raptownie głowę.
- Była tu?!
- Tak i wyzywała mnie od pedałów i powiedziała, że powie o nas wszystkim i że uważa, że Cię ranię, że powinienem czuć się winny, że jestem nikim, że nie jesteś mnie wart, że ona to wszystko skończy, że jestem manipulantem, że gram na twoich emocjach...
Rozpłakałem się.
Przecież o to nie dbałem. Przecież odprawiłem ja z kwitkiem, mając to wszystko w dupie. A teraz, gdy musiałem się z tym zmierzyć, kiedy musiałem to wszystko wypowiedzieć, to stało się zbyt realne, żeby nie bolało.
- Louis, przepraszam Cię..
A Louis dłonią wytarł te kilka łez z mojego policzka, odgarnął moje włosy do góry i pocałował w czoło. A potem klęcząc na łóżku przytulił moją twarz do jego klatki piersiowej.
- Nie dbaj o to, Harry, niech się dowiedzą, my jesteśmy najważniejsi.
Poczułem kolejną łzę pod powieką, pod wpływem tych jego wypowiedzianych półszeptem słów.
Przytulał mnie mocno tak, że moje ucho przywarło do jego bluzki.
- Słyszysz je, prawda? - zamknąłem powoli oczy - ono bije dla Ciebie, Harry.
Chociaż spałem dziś bardzo długo, to spłakany, wtulony w jego objęcia zasnąłem raz jeszcze.
I przyśnił mi się najpiękniejszy sen na świecie, a gdy się obudziłem, wcale nie byłem rozczarowany rzeczywistością.
A on tak pięknie pachnie.
Podrapałem się po udzie, drugą ręką szukając pilota. Pogłośniłem muzykę i wyjrzałem przez okno. Padał śnieg. Grudzień. Nawet nie wiem który, ale do świąt jeszcze ze dwa tygodnie. Całkowity luz, "take me home" sprzedaje się świetnie, dziś mamy dzień wolny, dopiero jutro jakieś wywiady. To było trochę nudne. Każdy z tych dziennikarzy pytał o to samo. O ulubioną piosenkę z płyty, o jakieś anegdoty, o nasze przyjaźnie o nasze dziewczyny, aż w końcu o mnie i o Louisa. "Jesteś z Louisem bliżej niż wcześniej, prawda Harry?", "Wasza przyjaźń jest piękna, ostatnio zacieśniliście tą więź, Harry, kochasz Lou?", "Harry czy Ciebie i Louisa łączy coś więcej niż przyjaźń?", "Czy to prawda, że całowaliście się w londyńskim metrze, Harry?", "Czy Ty i Louis ukrywacie coś przed swoimi fanami?".
Generalnie to ostatnie pytanie było najbardziej zabawne. Bo tak, po każdym takim pytaniu wybuchaliśmy z Louisem śmiechem. W każdym razie zdawało nam się czasem, że nasi fani wiedzą lepiej od nas samych, co się święci. I najpiękniejsze jest to, że nas wspierali. Nasz kochany #bullshitteam który zawsze stanie w naszej obronie. Chociaż przecież się nie deklarujemy. Zachowujemy się jak gdyby nigdy nic. Właściwie to moje życie sprzed i w czasie trwania mojego związku z Lou niczym się nie różniło.
Hah, może oprócz tych kilku skarg ze strony Zayna, że moglibyśmy być ciszej wieczorami. Albo oprócz tych wszystkich wieczorów, kiedy przytula mnie mocno i całuje w czoło, gdy oglądamy kolejną nieśmieszną komedię.
To była chyba najpiękniejsza jesień mojego życia. Tego się nie da opisać. Kiedy największe marzenie się spełnia, i wszystkie zmartwienia nie mają znaczenia, problemy odchodzą na bok. Ciągle mylimy swoje szczoteczki do zębów, a Louis pisze mazakiem na lustrze poranne powitania. Powitania. To jest chyba właściwie słowo. Bo one mają formę nieco inną, typu "umyj się, Brudasie". A pod spodem zamiast podpisu, to niezwykłe, tak często i tak prawdziwie wyznawane "Kocham Cię".
Te ostatnie ponad już cztery miesiące to jest najpiękniejszy sen, bajka ukrywana przed światem. I kiedy patrzę przez to okno, myślę tylko o jednym. Okej, może o dwóch sprawach, bo jestem też cholernie głodny i chciałbym coś zjeść. Ale mam nadzieję, że napada mnóstwo śniegu. A potem wyjdziemy na dwór i zrobię z Lou bałwana.
Zadzwonił dzwonek do drzwi. Burczało mi w brzuchu i trochę zmarzłem tak bez ubrań. Pewnie któryś z chłopaków nie wziął klucza, czy coś. Powlokłem się na dół. Przeszedłem przez kuchnię, żeby znaleźć sobie coś jeszcze do zjedzenia w lodówce, chwyciłem jakiego kabanosa i już miałem go ugryźć, ale zrezygnowałem ostatecznie, bo dzwonek ciągle i jakoś tak niecierpliwie dzwonił. Pobiegłem pod drzwi i otworzyłem je, nie przejmując się swoją nagością. Poczułem przejmujące zimno z dworu, a potem zanim zdążyłem się zorientować co się dzieje usłyszałem krótkie "plask" i poczułem ból policzka.
Eleanor.
Przeszywała mnie spojrzeniem i nie wiedziałem już od czego jest mi bardziej zimno. Czy od tego śniegu, który wpadał do holu, czy od jej zwężonych źrenic. Nie widziałem jej od... od sierpnia. Stała przede mną z założonymi rekami, zła, wręcz wściekła. Ja położyłem dłoń na swoim policzku mimowolnie sycząc z bólu. Taka drobna a taka silna.
- On nie jest pedałem, ale Ty tak. Dopiero dziś to zrozumiałam. Grasz na jego uczuciach, jesteś jego przyjacielem, więc nie chce Cię zawieść. Dużo się dziś dowiedziałam o WAS Styles. I mam zamiar powiedzieć to wszystkim. I skończy się ta sielanka. Nie jesteś go wart. Nie wiem, dlaczego chcesz mu zniszczyć życie. Nigdy bym Cię o to nie podejrzewała, wmówiłeś mu że jest jakimś pedałem. I nawet nie jest Ci przykro. Nie jest Ci przykro, prawda? Zniszczyłeś nasz związek i wmówiłeś mu że jest JAKIMŚ JEBANYM PEDAŁEM, jesteś NIKIM.
Wpadła w furię, na szczęście okazywała ją tylko słowami.
- Myślisz, że mi nie uwierzą? Mam dowody, mam zdjęcia, brukowce się tym zainteresują. Myślisz, że nie uwierzą mi kiedy będę opowiadać, jak bardzo go wykorzystujesz seksualnie? Własnego przyjaciela?? Wypierdolą cię na zbity pysk, Styles. Z tego zespołu, z ich życia.
Oddychałem szybciej.
- Elka, spierdalaj, dobrze?
Roześmiała się a potem spojrzała na mnie z pogardą. Szczerze powiedziawszy miałem to w dupie, co i komu ona powie. Zaskoczyło mnie tylko, że przez te cztery miesiące węszyła wokół sprawy i że wreszcie się domyśliła, o co chodzi. Brawo. Tak jest, rzucił Cię dla mnie.
Ugryzłem kabanosa i powoli przeżuwałem kęs.
- Będziesz żałował. - rzuciła wściekle.
Ja za to trzasnąłem drzwiami przed jej nosem.
- Jasne - powiedziałem sam do siebie i poszedłem na górę się ubrać. Strasznie zmarzłem. Naprawdę nie dbałem o to, co i komu ona powie. Nie mogła mieć żadnych dowodów, bo przecież nie pokazujemy się z Lou publicznie jako para. Nikt jej nie uwierzy. Każdy rozsądny pomyśli, że chce się zemścić na Louisie. A poza tym, jak dla mnie, to niech cały świat się dowie. Czasem cieszyłem się z tej odrobiny prywatności, jaką jest nasz związek, ale co ja mogę poradzić. Kiedyś i tak wyszłoby to na jaw.
Ubrałem się i powlokłem przed TV. Przeglądałem te wszystkie kanały i nie znalazłem nic ciekawego, wszedłem na twittera w telefonie. Z ciekawości zajrzałem na twittera Eleanor. Nic tam o mnie i Lou nie było. I bardzo dobrze. Nic nam nie zrobi. Ostatecznie znudzony tweetnąłem "Dzień dobry, co za szalony dzień". Nawet nie będę próbował przeczytać jakiejkolwiek odpowiedzi. Wygasiłem ekran.
Albo.
"@Louis_Tomlinson, gdzie jesteś kochanie?" tweetnąłem. Raz się żyje. Uśmiechnąłem się do ekranu. Zaraz twitter oszaleje. Ale prędzej ja oszaleję tu sam w tym domu.
Przysnąłem trochę na kanapie. Strasznie mnie to denerwowało, że chłopaki nie wracali, chociaż była już prawie piąta. Potem do domu wpadł Niall i Liam.
- Jak tam, Hazza? Już wstałeś?
- Jeszcze nie - odpowiedziałem powoli - Gdzie Louis?
Niall przytulił mnie do siebie z ogromnym uśmiechem na twarzy.
- Ale wy jesteście słodcy - rzucił do mnie - poszedł z Zaynem jak zwykle na zakupy.
Udałem zasmuconego.
- A mnie ze sobą nie wziął..?
Niall zaśmiał się.
- Nie chciał budzić swojego Kochasia.
Uśmiechnąłem się. Prawda jest taka, że to było cudowne.
- A wy gdzie byliście? - rzuciłem jeszcze.
- Też na zakupach, Liam kupił sobie z dziesięć par spodni! - wskazał na swojego przyjaciela - ale Twój jest na spożywce.
Twój.
Czyli Mój.
- Powinni zaraz wrócić - powiedział Liam wyłaniając się z kuchni - a przynajmniej przydałoby się, żeby wrócili, bo w lodówce rano były już tylko kabanosy, a teraz nie ma już nic.
Wzruszyłem ramionami.
- Byłem głodny.
Liam rozczochrał mi włosy.
Nagle do pokoju wpakowali się Louis i Zayn, z torbami pełnymi jedzenia, w kurtach i czapkach, wnosząc do domu mnóstwo śniegu i błota.
- Moja śnieżynka wreszcie wstała!! - krzyknął piskliwie. Wszyscy zaczęli się głośno śmiać. Rzucił torby w kąt i pobiegł przez pokój, a potem rzucił się na mnie. Był taki zimny, ale przytuliłem go mocno i dałem buziaka w usta. Popatrzył mi w oczy. Wtedy mi się przypomniało.
- Musimy pogadać. - powiedziałem trochę zbyt poważnie i Lou przeraził się. A mimo wszystko po chwili dodałem - Natychmiast, Lou.
Chłopacy śmiali się głośno, więc chyba nie usłyszeli, co mówiłem do Louisa, tym dla nas lepiej, bo nie chciałem, żeby się wtrącali. Poszliśmy do jego pokoju. Usiadłem na jego nieposłanym łóżku, a on rzucił się na mnie dłoń przesuwając po moim karku.
- Masz zimne ręce, przestań.
Pocałował mnie.
- Eleanor mnie dziś spoliczkowała.
Odchylił raptownie głowę.
- Była tu?!
- Tak i wyzywała mnie od pedałów i powiedziała, że powie o nas wszystkim i że uważa, że Cię ranię, że powinienem czuć się winny, że jestem nikim, że nie jesteś mnie wart, że ona to wszystko skończy, że jestem manipulantem, że gram na twoich emocjach...
Rozpłakałem się.
Przecież o to nie dbałem. Przecież odprawiłem ja z kwitkiem, mając to wszystko w dupie. A teraz, gdy musiałem się z tym zmierzyć, kiedy musiałem to wszystko wypowiedzieć, to stało się zbyt realne, żeby nie bolało.
- Louis, przepraszam Cię..
A Louis dłonią wytarł te kilka łez z mojego policzka, odgarnął moje włosy do góry i pocałował w czoło. A potem klęcząc na łóżku przytulił moją twarz do jego klatki piersiowej.
- Nie dbaj o to, Harry, niech się dowiedzą, my jesteśmy najważniejsi.
Poczułem kolejną łzę pod powieką, pod wpływem tych jego wypowiedzianych półszeptem słów.
Przytulał mnie mocno tak, że moje ucho przywarło do jego bluzki.
- Słyszysz je, prawda? - zamknąłem powoli oczy - ono bije dla Ciebie, Harry.
Chociaż spałem dziś bardzo długo, to spłakany, wtulony w jego objęcia zasnąłem raz jeszcze.
I przyśnił mi się najpiękniejszy sen na świecie, a gdy się obudziłem, wcale nie byłem rozczarowany rzeczywistością.
A on tak pięknie pachnie.
wtorek, 25 września 2012
5. Fuck it.
Byłeś tak blisko. I wszystko było bledsze. Trudniejsze, ale smaczniejsze. Oddychałem ciężko, powoli. Uchyliłem oczy. Wciąż tu byłeś. Tyle godzin. Patrzyłem w sufit,ale czułem Twoją dłoń na mojej i że śpisz siedząc na krześle, a głowę masz wtuloną w moją poduszkę. Nie wiem, po co mnie tu przywieźli. Przecież tylko zasłabłem. Pamiętam, że jak przyjechała karetka, to menadżer wrzeszczał na mnie. To było jedyne co słyszałem w chwilach przytomności, kiedy mnie pakowali do tego ambulansu. I jeszcze pamiętam, że Louis płakał. Przepraszał i powtarzał, że już nigdy, ze zawsze. A potem menadżer kazał mu "spierdalać".
Nie wiem jak to załatwili. Nie wiem, co myślą sobie ci wszyscy ludzie na twitterze. Nie dbam o to. Na pewno jakoś to zatuszowali. Pewnie "mam badania krwi", albo jakieś problemy żołądkowe.
- Harry?
Głos miał zaspany, poderwał się z mojej poduszki. Spojrzał na mnie i na wgłębienie na tej poduszce. Dotknąłem je delikatnie dłonią. To miejsce było wilgotne. A on miał podkrążone oczy. Czerwone. Smutne.
- Harry.
Spojrzałem na niego. Chciałem go przeprosić, powiedzieć cokolwiek. Zresztą tyle było do powiedzenia. Ale tylko patrzyłem na te usta, na tą twarz, na ten podbródek i policzki. Na powieki. To wszystko wciąż nie miało sensu. Ale zdawało się, że póki jestem w tej twierdzy, zwanej dalej szpitalem, to właśnie tu możemy być. Być razem. Powtórzył jeszcze raz moje imię. Nic więcej. Ale to było prawdziwsze niż wszystkie inne słowa. I mogłem zrozumieć go bardziej niż dzięki czemukolwiek innemu. Robiło się jasno. Był tu ze mną całą noc. Powinienem mu powiedzieć, żeby poszedł do domu, odpocząć. Ale wmawiałem sobie, że i tak by mnie nie posłuchał, a tak naprawdę, nie chciałem, żeby odchodził.
Z dłonią w jego dłoni, z tą czułością w jego opuszkach palców, kiedy dotykał mojego zabandażowanego nadgarstka. Widziałem, jak trzęsie mu się podbródek, zagryza wargi. I nie chce płakać i powstrzymuje się do końca. A potem ta jedna łza nerwowo wytarta wolną ręką.
- Przepraszam - szepnąłem. - to nie Twoja wina.
Bo to była prawda. To wina mnie. To moja choroba, moja słaba psychika. Słodki Harry, seksowny dzieciak, zabawny, męski, ostatecznie niedorajda która się pocięła, bo nie umie sobie poradzić.
A mimo wszystko nie żałowałem tego, oprócz tych chwil, kiedy po policzku Lou spływały krople.
- Moja.
Rzucił to tak szybko i cicho, jakby nie chciał, żeby zatrząsł się mu głos, żebym może nie spostrzegł, że płacze. Przecież tego nie dało się nie zauważyć. Leżałem na boku, on głowę znów położył na wilgotnej poduszce.
- Połóż się obok mnie. - powiedziałem.
- Nie wolno mi, to szpitalne łóżko, jak to zobaczy pielęgniarka to mnie stąd wyrzuci.
- Od kiedy dbasz o jakiekolwiek zasady? - szepnąłem.
- Harry, błagam, nie rób mi tego. - oczy wciąż były zaszklone - obwiń mnie wprost, tylko nie mów takich rzeczy, nie miej do mnie takich wyrzutów, Harry...
W pomieszczeniu było coraz jaśniej. Dostałem osobną, całkiem ekskluzywną salę. Nikt nie wiedział, że jestem w tym szpitalu. Cud menadżera.
Odważyłem się jeszcze raz spojrzeć w te tęczówki.
- Nie to miałem na myśli. Po prostu, połóż się obok mnie, dobrze? Chcę Cię przytulić.Chcę Cię tylko przytulić. I może zaśniesz. Albo... - kładł się już na moim szpitalnym łóżku, wcześniej zdejmując buty - jeśli chcesz, możesz iść do domu.
Powiedziałem to ciszej z jakąś głupią nadzieją, że może tego nie usłyszy. A ten położył dłoń na moim karku i przeczesując włosy powiedział cicho:
- Nigdy Cię już nie zostawię. Nigdy, rozumiesz?
Przymknąłem oczy na chwilę, jakby na znak aprobaty.
- A co z El?
Wciąż na mnie patrzył, ale jakby w tym wzroku było coś wymijającego.
- Potem o tym pomyślimy... - odrzekł powoli.
- Nie chcę potem, Louis, zrób coś. Teraz, bo ja, bo ja.. - przypadkiem zahaczyłem wzrok na swoim obandażowanym nadgarstku, gdy szukałem odpowiedniego argumentu i zanim zdążyłem dokończyć, ten sięgnął po telefon, który miał w kieszeni.
Położył się na brzuchu, opierając na łokciach, i wybrał do niej numer w taki sposób, żebym widział, co robi.
- Jeśli nie chcesz, nie musisz...
- Eleanor? Wiem, że jest szósta rano i dopiero wstałaś. Przepraszam Cię za wszystko, dobrze wiesz, że ostatnio nie było z nami najlepiej. Stało się coś złego i nie mogę z Tobą być. - tu wziął głęboki oddech. Dziewczyna najwyraźniej nic nie mówiła, nie dziwiłem się jej. Lou przygryzał wargę, jakby przerażony tym wszystkim co się dzieje, a mimo wszystko był odważny. Dla mnie. - Ja nie chcę już z Tobą być. - dorzucił dobitnie i rozłączył się. Patrzył jeszcze przez chwilę w ścianę. Położyłem się na brzuchu, jak on podpierając łokciami, ciało przechyliłem w jego stronę i głowę oparłem o jego bark.
- Będzie na nas zły. - powiedziałem w końcu.
- Na świecie jest mnóstwo innych menadżerów, którzy nie będą chcieli nas zabić.
Pocałował mnie w czoło.
Tak nagle i tak po prostu włożył dłoń w moje włosy, i pocałował w czoło. To chyba był jego najpiękniejszy pocałunek. A potem się uśmiechnął. I wszystko było jeszcze bardziej lekkie.
- Już nie umiałbym żyć bez Ciebie...
Uśmiechnąłem się mimo wszystko.
- Nie chcesz spać? - zapytałem.
Pokręcił głową i wzruszył ramionami.
- To chodźmy na dół na kawę - odparłem.
- Nie wolno nam chodzić po budynku, nikt nie wie, że tu jesteś, Hazza.
Teraz ja wzruszyłem ramionami.
- Pieprzyć to.
Zbliżyłem się do jego ust i dotknąłem dłonią jego policzka. Te ciepłe wargi dotknęły moich.
A potem to ulubione wyznanie miłości, jak dzieci w podstawówce.
Tak, to musiał być tylko jakiś cholerny sen.
I zaraz wypijemy kawę, a ja nie posłodzę.
- Nie wyobrażasz sobie, jak zajebiście muszę Cię kochać - usłyszałem.
Nie wiem jak to załatwili. Nie wiem, co myślą sobie ci wszyscy ludzie na twitterze. Nie dbam o to. Na pewno jakoś to zatuszowali. Pewnie "mam badania krwi", albo jakieś problemy żołądkowe.
- Harry?
Głos miał zaspany, poderwał się z mojej poduszki. Spojrzał na mnie i na wgłębienie na tej poduszce. Dotknąłem je delikatnie dłonią. To miejsce było wilgotne. A on miał podkrążone oczy. Czerwone. Smutne.
- Harry.
Spojrzałem na niego. Chciałem go przeprosić, powiedzieć cokolwiek. Zresztą tyle było do powiedzenia. Ale tylko patrzyłem na te usta, na tą twarz, na ten podbródek i policzki. Na powieki. To wszystko wciąż nie miało sensu. Ale zdawało się, że póki jestem w tej twierdzy, zwanej dalej szpitalem, to właśnie tu możemy być. Być razem. Powtórzył jeszcze raz moje imię. Nic więcej. Ale to było prawdziwsze niż wszystkie inne słowa. I mogłem zrozumieć go bardziej niż dzięki czemukolwiek innemu. Robiło się jasno. Był tu ze mną całą noc. Powinienem mu powiedzieć, żeby poszedł do domu, odpocząć. Ale wmawiałem sobie, że i tak by mnie nie posłuchał, a tak naprawdę, nie chciałem, żeby odchodził.
Z dłonią w jego dłoni, z tą czułością w jego opuszkach palców, kiedy dotykał mojego zabandażowanego nadgarstka. Widziałem, jak trzęsie mu się podbródek, zagryza wargi. I nie chce płakać i powstrzymuje się do końca. A potem ta jedna łza nerwowo wytarta wolną ręką.
- Przepraszam - szepnąłem. - to nie Twoja wina.
Bo to była prawda. To wina mnie. To moja choroba, moja słaba psychika. Słodki Harry, seksowny dzieciak, zabawny, męski, ostatecznie niedorajda która się pocięła, bo nie umie sobie poradzić.
A mimo wszystko nie żałowałem tego, oprócz tych chwil, kiedy po policzku Lou spływały krople.
- Moja.
Rzucił to tak szybko i cicho, jakby nie chciał, żeby zatrząsł się mu głos, żebym może nie spostrzegł, że płacze. Przecież tego nie dało się nie zauważyć. Leżałem na boku, on głowę znów położył na wilgotnej poduszce.
- Połóż się obok mnie. - powiedziałem.
- Nie wolno mi, to szpitalne łóżko, jak to zobaczy pielęgniarka to mnie stąd wyrzuci.
- Od kiedy dbasz o jakiekolwiek zasady? - szepnąłem.
- Harry, błagam, nie rób mi tego. - oczy wciąż były zaszklone - obwiń mnie wprost, tylko nie mów takich rzeczy, nie miej do mnie takich wyrzutów, Harry...
W pomieszczeniu było coraz jaśniej. Dostałem osobną, całkiem ekskluzywną salę. Nikt nie wiedział, że jestem w tym szpitalu. Cud menadżera.
Odważyłem się jeszcze raz spojrzeć w te tęczówki.
- Nie to miałem na myśli. Po prostu, połóż się obok mnie, dobrze? Chcę Cię przytulić.Chcę Cię tylko przytulić. I może zaśniesz. Albo... - kładł się już na moim szpitalnym łóżku, wcześniej zdejmując buty - jeśli chcesz, możesz iść do domu.
Powiedziałem to ciszej z jakąś głupią nadzieją, że może tego nie usłyszy. A ten położył dłoń na moim karku i przeczesując włosy powiedział cicho:
- Nigdy Cię już nie zostawię. Nigdy, rozumiesz?
Przymknąłem oczy na chwilę, jakby na znak aprobaty.
- A co z El?
Wciąż na mnie patrzył, ale jakby w tym wzroku było coś wymijającego.
- Potem o tym pomyślimy... - odrzekł powoli.
- Nie chcę potem, Louis, zrób coś. Teraz, bo ja, bo ja.. - przypadkiem zahaczyłem wzrok na swoim obandażowanym nadgarstku, gdy szukałem odpowiedniego argumentu i zanim zdążyłem dokończyć, ten sięgnął po telefon, który miał w kieszeni.
Położył się na brzuchu, opierając na łokciach, i wybrał do niej numer w taki sposób, żebym widział, co robi.
- Jeśli nie chcesz, nie musisz...
- Eleanor? Wiem, że jest szósta rano i dopiero wstałaś. Przepraszam Cię za wszystko, dobrze wiesz, że ostatnio nie było z nami najlepiej. Stało się coś złego i nie mogę z Tobą być. - tu wziął głęboki oddech. Dziewczyna najwyraźniej nic nie mówiła, nie dziwiłem się jej. Lou przygryzał wargę, jakby przerażony tym wszystkim co się dzieje, a mimo wszystko był odważny. Dla mnie. - Ja nie chcę już z Tobą być. - dorzucił dobitnie i rozłączył się. Patrzył jeszcze przez chwilę w ścianę. Położyłem się na brzuchu, jak on podpierając łokciami, ciało przechyliłem w jego stronę i głowę oparłem o jego bark.
- Będzie na nas zły. - powiedziałem w końcu.
- Na świecie jest mnóstwo innych menadżerów, którzy nie będą chcieli nas zabić.
Pocałował mnie w czoło.
Tak nagle i tak po prostu włożył dłoń w moje włosy, i pocałował w czoło. To chyba był jego najpiękniejszy pocałunek. A potem się uśmiechnął. I wszystko było jeszcze bardziej lekkie.
- Już nie umiałbym żyć bez Ciebie...
Uśmiechnąłem się mimo wszystko.
- Nie chcesz spać? - zapytałem.
Pokręcił głową i wzruszył ramionami.
- To chodźmy na dół na kawę - odparłem.
- Nie wolno nam chodzić po budynku, nikt nie wie, że tu jesteś, Hazza.
Teraz ja wzruszyłem ramionami.
- Pieprzyć to.
Zbliżyłem się do jego ust i dotknąłem dłonią jego policzka. Te ciepłe wargi dotknęły moich.
A potem to ulubione wyznanie miłości, jak dzieci w podstawówce.
Tak, to musiał być tylko jakiś cholerny sen.
I zaraz wypijemy kawę, a ja nie posłodzę.
- Nie wyobrażasz sobie, jak zajebiście muszę Cię kochać - usłyszałem.
niedziela, 16 września 2012
4. Nie chcemy się poddać,prawda?
- Powiedział, że nie jesteś dziś koniecznie potrzebny, dograsz swój wokal jutro. - wyrzuciłem z siebie jednym tchem. Byłem rozpromieniony i nie potrafiłem przestać się cieszyć, nawet jeśli sytuacja wymagała powagi - Jedź.
Ale Niall też odpowiedział uśmiechem, jakby odetchnął z ulgą. A poza tym, wydawało mi się, że był szczęśliwy, bo udało mu się spełnić marzenie przyjaciela. Przecież to dzięki niemu. I chciałem mu jakoś za to wszystko podziękować. Powiedzieć coś pięknego, żeby wiedział, że może zawsze na mnie liczyć.
A wtedy poczułem jego dłoń na moim karku i wargi na moim prawym policzku. Przygryzłem własne, przymknąłem oczy i jęknąłem.
Byłem szczęśliwy.
To się właśnie nazywa szczęście.
Szczęście.
I ja mogę powtarzać to do końca świata.
Uchyliłem oczy i zobaczyłem zaczerwienionego Nialla, mógł czuć się niezręcznie, ale może wręcz przeciwnie, moje szczęście udzieliło się i jemu. Ta emocja to jest coś więcej niż wieź między dwojgiem ludzi. To jest zaraźliwe i świat jest przez to lepszy. Wziąłem głęboki oddech, ręce założyłam na klatkę piersiową, a wtedy Louis objął mnie od tyłu. Położył swoją głowę na moim prawym ramieniu.
- To ja zmykam. I dziękuję Harry. - powiedział to tak bardzo szczerze, tak prawdziwie.
- To ja dziękuję. - odpowiedziałem, a chłopak uśmiechnął się i pobiegł załatwiać sobie jakiś środek transportu.
Minęły dopiero dwie godziny od kiedy TO się stało przy chłopakach. A Niall już zdążył ich przekonać, że to nie jest złe. I zdawało się, że oni nawet się cieszyli. Cieszyli się z nas. Z tego, że Lou trzyma mnie w końcu za rękę. Że wciąż obejmuje. Wszystko stało się takie inne i lepsze. I chciało mi się śpiewać. Chciało mi się śpiewać z Nim. O Nas.
Boże, jakie to dziecinne, ale wybacz mi, bo wiem też, że to piękne.
Przecież to nie może być złe.
To też jest miłość. I też jest piękna. I wszystko staje się przez nią dobre.
Boże, przecież nie jesteśmy przez to źli, prawda?
Czułem to ciepło w sercu, gdy zbieraliśmy się, żeby w końcu wejść do studia, chociaż mieliśmy zrobić to już półtorej godziny temu. Szedłem przez korytarz trzymając go za dłoń. Tak bardzo to kochałem. On w drugiej ręce trzymał opakowanie truskawek. Puścił moją dłoń, otworzył pudełko, wyjął jedną i włożył mi do buzi, śmiejąc się przy tym cudownie. Z tą radością w oczach, troską i miłością.
To było absolutnie wszystko o czym zawsze marzyłem. To było nawet więcej niż kiedykolwiek pragnąłem. Pomyślałem nagle, że opłacało się czekać przez te dwa lata. Że opłacało się nie przesypiać nocy. Że te wszystkie łzy wylane w poduszkę mają sens. Te smutne wieczory i ukradkowe spojrzenia, ten ból w klatce piersiowej. To wszystko mnie doprowadziło do tu i teraz.
I to było, będę powtarzać do końca świata - szczęście.
- Harry? - usłyszałem jego niepewny głos.
Spojrzałem na niego.
- Harry, wiesz, że nie możemy... my tylko przy chłopakach, prawda? - oczy miał smutne - Przecież menadżer, wytwórnia, ci wszyscy ludzie.
Kiwnąłem głową patrząc pod nogi, żeby nie widział jak bardzo zaszkliły mi się oczy. Więc to będzie tylko tajemnica? Ukryjemy to przed światem? W domu, sami, będziemy namiętnymi kochankami a na ulicy udamy, że dla siebie nie istniejemy?
Przecież wiem, że tak musi być.
Spojrzałem na nasze złączone dłonie. A potem on wziął swoją i zjadł truskawkę. Poczułem się tępo, choć wciąż szczęśliwie. I usłyszałem za nami Liama.
- Cześć, Kochasie! - rzucił rozpromieniony.
Widać było po nim, że cieszy się z Tego. Nazywam to To, bo wciąż nie wiem, jak powinno się takie relacje nazywać. Byliśmy szczęśliwi, więc może nazwę to Szczęściem.
- Harry, postaraj się bardziej, źle to śpiewasz! Powinniśmy już dawno skończyć!! - krzyczał na mnie jakiś facet, którego nawet nie znałem, ale to on właśnie był jednym z tych, którzy prowadzili 1D. On i kilkudziesięciu innych kolesi żyjących z nas, z naszej kasy. I on właśnie teraz opierdala mnie za to, że źle zaśpiewałem. Może ja chcę, żeby tak było zaśpiewane?
- Louis, zmotywuj ukochanego - rzucił z uśmiechem na ustach Zayn.
Oczy wszystkich zwróciły się na Lou. A ten siedział w kącie, rozwalił się na fotelu i bawił swoją lalką.
- Co? - zapytał, jakby nie orientował się o co chodzi. A potem dorzucił - Hazza, stara dupo, śpiewaj, bo jestem głodny.
Liam osłupiał. Louis nadal bawił się swoją lalką, rozkręcając siebie i zamieniając części ciała, nie zwracał uwagę na całą sytuację. Ja zaśmiałem się krótko, bo pomyślałem, że to jedyne dobre wyjście i że trzeba jakoś rozluźnić tą atmosferę. Wyprostowałem się przed mikrofonem.
- Dobra, ostatni raz, zobaczycie, że teraz wyjdzie jak trzeba.
- Postaraj się bardziej przy "I still believe, we'll be finally real and you'll change your world for me."
Rzuciłem spojrzenie w kierunku Lou, który zajmował się wszystkim i wszystkimi, tylko nie mną.
- Nie wiem, czy te słowa mają sens.
Zaraz potem żałowałem tej odwagi, bo Lou wciąż nie zwracał na mnie uwagi, a głupi koleś znów mnie opierdolił.
- To nie ma mieć sensu, ma się sprzedać.
Popatrzyłem na niego ze złością.
- Nie jestem drukarnią pieniędzy, tylko kurwa człowiekiem, który przekazuje muzyką swoje emocje. A jeśli tak nie uważasz, to też z łaski swojej może zaczniesz mnie szanować, bo to dzięki mnie śpisz na forsie, jasne?!
Byłem wściekły.
Z tego szczęścia nagle wpadłem w sidła obojętności Lou i nienawidziłem tej jego gry, bo uświadomiło mi to, z jaką łatwością przychodzą mu te kłamstwa. I kiedy wybiegłem ze studia, trzaskając kolejno wszystkimi drzwiami, i kiedy byłem już na dworze, usiadłem na wysuszonym chodniku pomiędzy tujami i wtuliłem twarz w dłonie.
A to pytanie, czy cokolwiek jest prawdziwe, skoro fałsz przychodzi mu tak szybko, świdrowało moje myśli cały ten czas. Oddychałem szybko i ciężko. I usłyszałem jak kilkanaście metrów za mną z łoskotem otwierają się i zamykają drzwi i jak ktoś biega przed wytwórnią wołając mnie. A ja byłem schowany między tujami. I nikt nie mógł mnie znaleźć. Musiałby przeszukać cały ten placyk, a jakiś mądry architekt zieleni postanowił tu kiedyś zasadzić mnóstwo krzaków.
W duchu dziękowałem mu za to, leżąc na spalonej, kującej kark trawie.
Zupełnie innej niż dotyk jego dłoni.
- Harry! HARRY!! Harry!!
Zamknąłem oczy i wstrzymałem oddech. Chcę tu zostać na zawsze. I nikt mnie już nigdy nie znajdzie. Znudzi się mu w końcu.
- Harry.. Harry...HARRY!!
Słyszałem jak uderzał conversami o ziemię biegając po całej posesji.
- HARRY! Gdzie jesteś? Wiem, że gdzieś tu jesteś, przecież musisz być... Harry...
Potem słyszałem, jak kolejny raz drzwi otwierały się i zamykały, i jak Liam go uspokajał.
- Wróci, nie martw się, pobędzie chwilę sam i wróci. Przecież nic sobie nie zrobi. Nie jest głupi.
Przecież jestem głupi. Reszta słów nie miała znaczenia, już nie słuchałem. Ukryty między krzakami, wyjąłem żyletkę z kieszeni. Chwila namysłu. Przecież byłem szczęśliwy. Z nim. Ale nie tak. Nie umiałem tego ukrywać. To by mnie zabiło jeszcze mocniej. A teraz byłem szczęśliwy i nie szczęśliwy i czułem radość i ból i nie wiem jaki to miało sens.
Pociągnąłem raz energicznie po nadgarstku. Krew zaczęła spływać do dłoni, do koniuszków placów.
Taak, jesteś bardzo odważny Harry. I bardzo głupi.
I jeszcze bardziej znienawidziłem siebie, to wszystko mnie przygniotło, ale czerwona strużka krwi pomagała oddychać. I znów zamknąłem oczy.
- Harry, ja Cię kurwa kocham, kocham Cię, kocham Cię, Harry..
Znalazł mnie i stał nade mną, ale nie otworzyłem oczu. Siedziałem po turecku z zakrwawianą ręką i żyletką rzuconą gdzieś w trawę. Nareszcie mi się przydała.
- Harry, kurwa, co Ty zrobiłeś, Harry, błagam, Harry, ja nigdy, Harry...
Otworzyłem oczy. Płakał, ale widać było, że od kilkunastu minut. Nie zwracał uwagi na te łzy, które spływały teraz na trawnik. Ja nie płakałem. Byłem smutny, ale nic więcej. Cięcie chyba mi się udało, bo Louisowi drżały ręce, kiedy trzymał w nich moją dłoń.
- H-harrryy...
Zdjął swoją koszulkę i owinął nią moją ranę, wciąż z przerażeniem w oczach.
A jakby o to wszystko nie dbałem.
I zaczął krzyczeć, wołać o pomoc i słyszałem tych wszystkich ludzi, którzy do nas już biegli.
- Ja się zmienię, zrobię dla Ciebie wszystko, Harry słyszysz? Jesteś dla mnie najważniejszy na świecie, nigdy więcej tego nie rób, Harry, kocham Cię, przecież Cię kocham i zrobię kurwa wszystko tylko Harry, błagam, wybacz mi...
Wokół pojawili się jacyś ludzie, ktoś dzwonił gdzieś z telefonu, gorączkowo powtarzając, żeby przyjechali, bo potrzebna pomoc.
Coś złego się ze mną działo, bo trudno było mi siedzieć i jakbym opadał z sił..
- Zwyciężymy Harry, razem, ja i Ty, kocham Cię, przecież Cię kocham...
Powiedział to tak bardzo prawdziwie i nie bałem się już, że cokolwiek może być fałszywe. I kiwnąłem głową, bo nie umiałem nic powiedzieć, łzy podchodziły pod gardło. Czułem jego oddech i zapach, i było mi lżej, bo wiedziałem, że jestem trudny i jest ktoś, kto mimo tego chce być.
- Jesteś... moim wszystkim. - szepnąłem.
Objął mnie, gdy mdlałem.
Ale Niall też odpowiedział uśmiechem, jakby odetchnął z ulgą. A poza tym, wydawało mi się, że był szczęśliwy, bo udało mu się spełnić marzenie przyjaciela. Przecież to dzięki niemu. I chciałem mu jakoś za to wszystko podziękować. Powiedzieć coś pięknego, żeby wiedział, że może zawsze na mnie liczyć.
A wtedy poczułem jego dłoń na moim karku i wargi na moim prawym policzku. Przygryzłem własne, przymknąłem oczy i jęknąłem.
Byłem szczęśliwy.
To się właśnie nazywa szczęście.
Szczęście.
I ja mogę powtarzać to do końca świata.
Uchyliłem oczy i zobaczyłem zaczerwienionego Nialla, mógł czuć się niezręcznie, ale może wręcz przeciwnie, moje szczęście udzieliło się i jemu. Ta emocja to jest coś więcej niż wieź między dwojgiem ludzi. To jest zaraźliwe i świat jest przez to lepszy. Wziąłem głęboki oddech, ręce założyłam na klatkę piersiową, a wtedy Louis objął mnie od tyłu. Położył swoją głowę na moim prawym ramieniu.
- To ja zmykam. I dziękuję Harry. - powiedział to tak bardzo szczerze, tak prawdziwie.
- To ja dziękuję. - odpowiedziałem, a chłopak uśmiechnął się i pobiegł załatwiać sobie jakiś środek transportu.
Minęły dopiero dwie godziny od kiedy TO się stało przy chłopakach. A Niall już zdążył ich przekonać, że to nie jest złe. I zdawało się, że oni nawet się cieszyli. Cieszyli się z nas. Z tego, że Lou trzyma mnie w końcu za rękę. Że wciąż obejmuje. Wszystko stało się takie inne i lepsze. I chciało mi się śpiewać. Chciało mi się śpiewać z Nim. O Nas.
Boże, jakie to dziecinne, ale wybacz mi, bo wiem też, że to piękne.
Przecież to nie może być złe.
To też jest miłość. I też jest piękna. I wszystko staje się przez nią dobre.
Boże, przecież nie jesteśmy przez to źli, prawda?
Czułem to ciepło w sercu, gdy zbieraliśmy się, żeby w końcu wejść do studia, chociaż mieliśmy zrobić to już półtorej godziny temu. Szedłem przez korytarz trzymając go za dłoń. Tak bardzo to kochałem. On w drugiej ręce trzymał opakowanie truskawek. Puścił moją dłoń, otworzył pudełko, wyjął jedną i włożył mi do buzi, śmiejąc się przy tym cudownie. Z tą radością w oczach, troską i miłością.
To było absolutnie wszystko o czym zawsze marzyłem. To było nawet więcej niż kiedykolwiek pragnąłem. Pomyślałem nagle, że opłacało się czekać przez te dwa lata. Że opłacało się nie przesypiać nocy. Że te wszystkie łzy wylane w poduszkę mają sens. Te smutne wieczory i ukradkowe spojrzenia, ten ból w klatce piersiowej. To wszystko mnie doprowadziło do tu i teraz.
I to było, będę powtarzać do końca świata - szczęście.
- Harry? - usłyszałem jego niepewny głos.
Spojrzałem na niego.
- Harry, wiesz, że nie możemy... my tylko przy chłopakach, prawda? - oczy miał smutne - Przecież menadżer, wytwórnia, ci wszyscy ludzie.
Kiwnąłem głową patrząc pod nogi, żeby nie widział jak bardzo zaszkliły mi się oczy. Więc to będzie tylko tajemnica? Ukryjemy to przed światem? W domu, sami, będziemy namiętnymi kochankami a na ulicy udamy, że dla siebie nie istniejemy?
Przecież wiem, że tak musi być.
Spojrzałem na nasze złączone dłonie. A potem on wziął swoją i zjadł truskawkę. Poczułem się tępo, choć wciąż szczęśliwie. I usłyszałem za nami Liama.
- Cześć, Kochasie! - rzucił rozpromieniony.
Widać było po nim, że cieszy się z Tego. Nazywam to To, bo wciąż nie wiem, jak powinno się takie relacje nazywać. Byliśmy szczęśliwi, więc może nazwę to Szczęściem.
- Harry, postaraj się bardziej, źle to śpiewasz! Powinniśmy już dawno skończyć!! - krzyczał na mnie jakiś facet, którego nawet nie znałem, ale to on właśnie był jednym z tych, którzy prowadzili 1D. On i kilkudziesięciu innych kolesi żyjących z nas, z naszej kasy. I on właśnie teraz opierdala mnie za to, że źle zaśpiewałem. Może ja chcę, żeby tak było zaśpiewane?
- Louis, zmotywuj ukochanego - rzucił z uśmiechem na ustach Zayn.
Oczy wszystkich zwróciły się na Lou. A ten siedział w kącie, rozwalił się na fotelu i bawił swoją lalką.
- Co? - zapytał, jakby nie orientował się o co chodzi. A potem dorzucił - Hazza, stara dupo, śpiewaj, bo jestem głodny.
Liam osłupiał. Louis nadal bawił się swoją lalką, rozkręcając siebie i zamieniając części ciała, nie zwracał uwagę na całą sytuację. Ja zaśmiałem się krótko, bo pomyślałem, że to jedyne dobre wyjście i że trzeba jakoś rozluźnić tą atmosferę. Wyprostowałem się przed mikrofonem.
- Dobra, ostatni raz, zobaczycie, że teraz wyjdzie jak trzeba.
- Postaraj się bardziej przy "I still believe, we'll be finally real and you'll change your world for me."
Rzuciłem spojrzenie w kierunku Lou, który zajmował się wszystkim i wszystkimi, tylko nie mną.
- Nie wiem, czy te słowa mają sens.
Zaraz potem żałowałem tej odwagi, bo Lou wciąż nie zwracał na mnie uwagi, a głupi koleś znów mnie opierdolił.
- To nie ma mieć sensu, ma się sprzedać.
Popatrzyłem na niego ze złością.
- Nie jestem drukarnią pieniędzy, tylko kurwa człowiekiem, który przekazuje muzyką swoje emocje. A jeśli tak nie uważasz, to też z łaski swojej może zaczniesz mnie szanować, bo to dzięki mnie śpisz na forsie, jasne?!
Byłem wściekły.
Z tego szczęścia nagle wpadłem w sidła obojętności Lou i nienawidziłem tej jego gry, bo uświadomiło mi to, z jaką łatwością przychodzą mu te kłamstwa. I kiedy wybiegłem ze studia, trzaskając kolejno wszystkimi drzwiami, i kiedy byłem już na dworze, usiadłem na wysuszonym chodniku pomiędzy tujami i wtuliłem twarz w dłonie.
A to pytanie, czy cokolwiek jest prawdziwe, skoro fałsz przychodzi mu tak szybko, świdrowało moje myśli cały ten czas. Oddychałem szybko i ciężko. I usłyszałem jak kilkanaście metrów za mną z łoskotem otwierają się i zamykają drzwi i jak ktoś biega przed wytwórnią wołając mnie. A ja byłem schowany między tujami. I nikt nie mógł mnie znaleźć. Musiałby przeszukać cały ten placyk, a jakiś mądry architekt zieleni postanowił tu kiedyś zasadzić mnóstwo krzaków.
W duchu dziękowałem mu za to, leżąc na spalonej, kującej kark trawie.
Zupełnie innej niż dotyk jego dłoni.
- Harry! HARRY!! Harry!!
Zamknąłem oczy i wstrzymałem oddech. Chcę tu zostać na zawsze. I nikt mnie już nigdy nie znajdzie. Znudzi się mu w końcu.
- Harry.. Harry...HARRY!!
Słyszałem jak uderzał conversami o ziemię biegając po całej posesji.
- HARRY! Gdzie jesteś? Wiem, że gdzieś tu jesteś, przecież musisz być... Harry...
Potem słyszałem, jak kolejny raz drzwi otwierały się i zamykały, i jak Liam go uspokajał.
- Wróci, nie martw się, pobędzie chwilę sam i wróci. Przecież nic sobie nie zrobi. Nie jest głupi.
Przecież jestem głupi. Reszta słów nie miała znaczenia, już nie słuchałem. Ukryty między krzakami, wyjąłem żyletkę z kieszeni. Chwila namysłu. Przecież byłem szczęśliwy. Z nim. Ale nie tak. Nie umiałem tego ukrywać. To by mnie zabiło jeszcze mocniej. A teraz byłem szczęśliwy i nie szczęśliwy i czułem radość i ból i nie wiem jaki to miało sens.
Pociągnąłem raz energicznie po nadgarstku. Krew zaczęła spływać do dłoni, do koniuszków placów.
Taak, jesteś bardzo odważny Harry. I bardzo głupi.
I jeszcze bardziej znienawidziłem siebie, to wszystko mnie przygniotło, ale czerwona strużka krwi pomagała oddychać. I znów zamknąłem oczy.
- Harry, ja Cię kurwa kocham, kocham Cię, kocham Cię, Harry..
Znalazł mnie i stał nade mną, ale nie otworzyłem oczu. Siedziałem po turecku z zakrwawianą ręką i żyletką rzuconą gdzieś w trawę. Nareszcie mi się przydała.
- Harry, kurwa, co Ty zrobiłeś, Harry, błagam, Harry, ja nigdy, Harry...
Otworzyłem oczy. Płakał, ale widać było, że od kilkunastu minut. Nie zwracał uwagi na te łzy, które spływały teraz na trawnik. Ja nie płakałem. Byłem smutny, ale nic więcej. Cięcie chyba mi się udało, bo Louisowi drżały ręce, kiedy trzymał w nich moją dłoń.
- H-harrryy...
Zdjął swoją koszulkę i owinął nią moją ranę, wciąż z przerażeniem w oczach.
A jakby o to wszystko nie dbałem.
I zaczął krzyczeć, wołać o pomoc i słyszałem tych wszystkich ludzi, którzy do nas już biegli.
- Ja się zmienię, zrobię dla Ciebie wszystko, Harry słyszysz? Jesteś dla mnie najważniejszy na świecie, nigdy więcej tego nie rób, Harry, kocham Cię, przecież Cię kocham i zrobię kurwa wszystko tylko Harry, błagam, wybacz mi...
Wokół pojawili się jacyś ludzie, ktoś dzwonił gdzieś z telefonu, gorączkowo powtarzając, żeby przyjechali, bo potrzebna pomoc.
Coś złego się ze mną działo, bo trudno było mi siedzieć i jakbym opadał z sił..
- Zwyciężymy Harry, razem, ja i Ty, kocham Cię, przecież Cię kocham...
Powiedział to tak bardzo prawdziwie i nie bałem się już, że cokolwiek może być fałszywe. I kiwnąłem głową, bo nie umiałem nic powiedzieć, łzy podchodziły pod gardło. Czułem jego oddech i zapach, i było mi lżej, bo wiedziałem, że jestem trudny i jest ktoś, kto mimo tego chce być.
- Jesteś... moim wszystkim. - szepnąłem.
Objął mnie, gdy mdlałem.
czwartek, 13 września 2012
3. Przeproś.
Spałem. Wreszcie przesypiałem noce. Nie. Przespałem jedną noc. Bo to wszystko dopiero wczoraj. Bo płakałem jak dziecko. I o nic już nie dbam. Chcę tylko, żeby przestało boleć.
Otwieram oczy i czuję jak dusi mnie to COŚ w klatce piersiowej.
I nie myślę o milionach ludzi na twitterze,ani o innych pierdołach. Nagle okazuje się, że tak prawdziwie - nie mam dla kogo już wstawać. I nie ma sensu. Nic.
Na szafce obok łóżka leży żyletka. Obracam ją w palcach gdy mi źle. Przecież faceci się nie tną. Pociągnąłem nosem. Wciąż miałem katar,albo raczej wciąż płakałem.
Wściekłość, zażenowanie, brak możliwości zrobienia czegokolwiek, szach - mat i przegrałeś Harry. Ręce mi drżały i nie ochłonąłem jeszcze od wczoraj. Spojrzałem na wyświetlacz telefonu.
-KURWA! - krzyknąłem i miałem głęboko w poważaniu, ze ktokolwiek się przeze mnie obudzi. Bo dziś idziemy do studia i nagrywamy kawałki na nową płytę.
Bo miałem tylko nadzieję, że ucieknę gdzieś, zaszyję się na te najbliższe 24 h w miejscu najbardziej dalekim od niego, jak to tylko możliwe. I rzuciłem żyletkę na podłogę, i wybiegłem z pokoju do łazienki.
Musisz z tym żyć,Harreh,dzieją się gorsze rzeczy, dzieją się gorsze rzeczy. Oddychałem głęboko, patrząc w swoje odbicie lustrzane. Na tą twarz, na loki, na usta, które wczoraj wieczorem...
-H-harry y?
Niall. Zobaczyłem go w lustrze. Miał podkrążone, zaczerwienione oczy. I obgryzał paznokcie. I ledwie wszedł - już wyszedł, wręcz wybiegł.
- Niall! Poczekaj! - krzyknąłem za nim, idąc już w stronę jego pokoju. Drzwi trzasnęły zanim zdążyłem dobiec. Zatrzymałem się na chwilkę, gapiąc się w klamkę. Zapukałem, bo złościł się, gdy tego nie robiłem. Nie odezwał się.
- Niall, martwię się o Ciebie.
Cisza.
- Niall, wchodzę.
Popchnąłem drzwi,ale nie chciały się otworzyć i musiałem to zrobić siłą całego mojego ciała. Poślizgnąłem się i uderzyłem w nogę.
- Shit. Niall, wypuść mnie,chyba się połamałem.
Nic mi nie było,ale szybko puścił drzwi i wyjrzał, żeby sprawdzić, co się stało. Będzie tylko siniak, pomyślałem. Podniosłem głowę, spojrzałem na Nialla i rzuciłem sie na uchylone drzwi.
- Teraz mi wszystko opowiesz - powiedziałem stanowczo. I wzmacniało mnie bardzo to, że mogłem sie przejmować czyimiś problemami i zapomnieć na chwilę o swoich. Właściwie w tym moim dołku zdawało mi się, że jestem najlepszą osobą, która może pomóc komukolwiek. Niall nie patrzył mi w oczy.
- Dziś... - westchnął i spojrzał za okno - dziś jest rocznica śmierci mojego psa, wiesz, to było dawno, nie mówiłem Ci nigdy o nim, ale był dla mnie ważny, wiesz przyjaciel - jąkał się ze łzami w oczach. Patrzył za to okno i nic nie pasowało.
- Niall, przecież nie musisz mnie okłamywać. Nikomu nie powiem. Sam też czuję się fatalnie, będzie dobrze, jeśli pomogę chociaż Tobie i jakoś się temu światu przydam.
Uspokoił się i zdziwiony od razu spytał:
- Co się stało?
- Nie odwracaj kota ogonem - warknąłem - tylko mów.
Westchnął i wyprostował się.
- Problem za problem?
Skrzywiłem się. Nie powinienem nikomu mówić. Trzeba to jakoś obejść.
- Zobaczymy. - odpowiedziałem wymijająco i odetchnąłem po chwili, bo mimo tego, że na pewno chciałby pomóc mi rozwiązać mój problem, jego zdawał się go na tyle przytłaczać, że ześlizgnął się z łózka i siedząc na podłodze, a wzrokiem błądząc gdzieś po meblach zaczął mówić.
- Harry, ale proszę, nie mów nikomu, błagam, nie chcę jeszcze...
I taki niepokój w sercu, gdy się na niego patrzyło, niech to już powie, niech wyrzuci z siebie, cokolwiek to jest.
- Wczoraj wieczorem dzwonił Greg... mama dostała wyniki... wiesz, oni nie są pewni, mówią,że trzeba powtórzyć, żeby jeszcze się nie martwić, i w ogóle, ale Harry - tu spojrzał na mnie, płakał - mówią, że ma raka, a ja nie chcę, żeby umarła.
To stwierdzenie było tak proste, to pragnienie tak dziecinne, i ta obawa jak u pięciolatka i miłość w oczach. I przytuliłem go mocno do siebie.
- Niall, jedź dziś do niej, pojadę z Tobą, jeśli chcesz.
Podniósł głowę i otarł rękawem policzki z łez.
- Nie mogę, dziś studio, poza tym, Harry, nie obraź się, ale czuję, że jeśli już, to powinienem pojechać tam sam.
Przycisnąłem go mocno do klatki piersiowej.
- Przecież będzie w porządku, sam mówisz, że będą powtarzać badania, no i wcale nie musi być złośliwy i zrobimy wszystko, żeby ją wyleczyć, jeśli zajdzie taka potrzeba - wyrzuciłem to z siebie praktycznie jednym tchem, starając się żeby ton głosu pocieszał, ale było mi trudno, bo ten cały naillowy smutek ogarnął teraz i mnie.
Ja wiem, że on by sobie z tym nie poradził, tak bardzo ją kocha, tak bardzo.
Jak ja Lou - wpadło mi do głowy, a potem skarciłem się za to porównanie. Moje na pewno przejściowe zakochanie nie powinno być porównywane do tego, co się dzieje teraz w głowie Nialla, w jego serduchu i było mi go strasznie żal.
- Powiem Paulowi,żebyśmy się dziś sprężyli, bo masz poważny problem. - Niall spojrzał na mnie wzrokiem "błagam, nic mu nie mów", chociaż ja sam uważałem, ze Paulowi można było w takich sprawach zawsze ufać - przecież nie będzie pytał o szczegóły, jest wyrozumiały - dorzuciłem.
Spędziłem ten dzień z Niallem. Zrobiłem mu śniadanie, a potem pomogłem się zebrać, żeby wyjść z domu. Jak wsiedliśmy w samochód, to nawet już się uśmiechał i gawędził wesoło. Cieszyłem się, że nie jest już smutny. Bo czasem smutnym się po prostu jest. Czasem smutnym być trzeba. Ale nie wolno się nigdy smucić zbyt długo z żadnego powodu i myślę, że mama Nialla podzieliłaby moje zdanie.
Staliśmy w jakimś potężnym korku. Lou się do mnie nie odzywał. Udawaliśmy, że się nie znamy. Może to wyglądało z boku niedorzecznie i pewnie, gdybyśmy chcieli ukryć przed resztą, że coś się między nami niedobrego stało, to staralibyśmy się zachowywać jak zawsze. Ale po pierwsze byłoby to niedorzeczne, a po drugie wcale nam na tym nie zależało.
I chciałem cały ten czas myśleć tylko o Niallu i jego problemie, zawsze gdy było mi smutno. To mi otwierało oczy. Ostatnie dni byłem kompletnie załamany, chociaż właściwie nie było powodu. To tylko głupia miłość, wyolbrzymiłem problem jak jakaś baba.
A potem kątem oka widziałem Louisa śmiejącego się z Zaynem z jakiejś dziwnej reklamie na bilboardzie.
I jednak brakowało mi tego. I przychodziło na myśl wspomnienie wczoraj. Czego on się boi? Że menadżer? Pieprzyć menadżera, nie musiałby kurwa o tym wiedzieć. Widziałem Lou jakby za mgłą, jak gestykulował, obejmował Liama.
On tak po prostu ma, on kocha wszystkich jednakowo. To nie jest nic wyjątkowego.
A to wczoraj?
A może jednak?
Mgła była coraz większa, a potem Niall, dotknął mojego ramienia.
- Dlaczego płaczesz?
Zorientowałem się, że mam łzy w oczach i zawstydzony otarłem je. Nie powinienem płakać.
- Kiedyś Ci opowiem - rzuciłem wymijająco.
- Opowiedz mi teraz - uparł się Niall - przecież obiecałeś.
Przełknąłem ślinę i wyrzuciłem to z siebie cicho, jednym tchem, łącząc niezrozumiale wyrazy.
- Zakochałem się w Lou.
Odwróciłem szybko wzrok, żeby uniknąć spojrzenia w oczy Nialla, a potem trafiłem na Lou i po prostu zamknąłem oczy a uszy zasłoniłem dłońmi i miałem nadzieję, że bez tych dwóch zmysłów wnętrze vana będzie mi mniej obce.
Poczułem, jak Niall mnie obejmuje. Zrozumiał. O nic nie pyta. Ma większy problem ode mnie, ale jednak martwi się o mnie, a przede wszystkim ze mną jest i czuję kolejną łzę pod powieką i modlę się o to, żeby nikt inny tego nie zauważył. I lubię zapach jego bluzy. Bo to jest prawdziwy przyjaciel. I chcę, żeby był już zawsze. Zsunąłem dłonie z okolic uszu na kark i patrzyłem tępo na podłogę. Tamta trójka świetnie się bawiła. Dobrze.
Usłyszałem szept w okolicy ucha.
- Powiedz mu to.
Poczułem w środku, że mogę swobodnie o tym mówić, bo tamci nie usłyszą, tak bardzo hałasowali. W dodatku patrząc na mnie i Nialla można by tylko pomyśleć, że się nie wyspaliśmy.
- Pocałował mnie wczoraj.
Niall odchylił się do tyłu i spojrzał na mnie zdezorientowany.
- A potem powiedział, że - głos mi się załamał, więc poczekałem chwilę, żeby szept znów stał się szeptem - że ta historia nie może się dobrze skończyć.
Niall do tej pory przytulał mnie, teraz puścił i rozejrzał się po vanie. Był zdeterminowany i wiedziałem, ze jest gotowy do wszystkiego.
- Nie, proszę Cię, nie rób niczego głu... - nie zdążyłem szepnąć w jego stronę.
- Louis!! Louis!!!
Lou przestał piać ze śmiechu i odwrócił się w naszą stronę.
- Co tam, chłopaki?
Nie patrzył na mnie, omijał mnie celowo wzrokiem.
- Harry mówi, że jest mu przez Ciebie przykro. Przeproś go.
Jęknąłem. Byłem zły na Nialla. Jak mógł. Jak mógł.
Louis nic nie odpowiedział. Zdawało się, że zupełnie zignoruje tą sytuację. Oczy wszystkich były zwrócone to na mnie, to na Lou. A on przeszedł między siedzeniami i przewrócił się tuż przy mnie, na mnie.
-Ałłła!! Lou, co ty robisz?!
Półleżał na mnie i uśmiechał się słodko, jak gdyby nigdy nic.
- Przestań, to boli - powiedziałem, wciąż ledwo powstrzymując się od łez.
Usiadł koło mnie i przytulił mnie krótko, uśmiechając się szeroko, jakby czekając na oklaski.
- To nadal boli, Lou...
I widziałem w tych oczach przeprosiny, ale to nie miało znaczenia, bo nagle przypomniały mi się jego usta z wczoraj wieczorem, bo nagle przypomniało mi się, jak blisko byliśmy, a jak bardzo daleko jesteśmy, pomimo tego, że siedzi dwa centymetry ode mnie.
A potem sobie uświadomiłem, że to tylko dwa głupie centymetry.
Ach, co mi tam świat, chodź pocałuj mnie jeszcze raz.
I dotknąłem dłonią jego policzka, a oczy mu spoważniały zupełnie i o nic nie dbałem i przybliżyłem moje wargi do jego warg. Nie boję się, nie boję się i nic nie jest bardziej niż...
Kochałem ten smak, to uczucie, gdy delikatnie przechylałem głowę i wszystko było bardziej, tylko świat za nami mniej. I nie wiedziałem, ze to kiedyś się skończy i poczułem jego drżącą dłoń na moich żebrach, przesunął ją w miejsce, gdzie biło moje serce. A potem odchylił się powoli i świat dopiero zaczął do mnie dochodzić. I zacząłem się go bać. Bo panowała idealna cisza, jakbyśmy byli tu sami, a on też nic nie mówił.
I był tak bardzo poważny.
A ja czułem się tak bardzo uzależniony i nie obchodziły mnie konsekwencje.
- Przeprosiny przyjęte? - zapytał cicho.
Przytuliłem go mocno do siebie, zamykając oczy.
Chłopcy szeptali między sobą podekscytowani, ale to się nie liczyło.
Albo może w podświadomości wiedziałem, że Niall rozumie i że Niall im wytłumaczy.
Wciąż się obejmowaliśmy, a ja z zamkniętymi powiekami i głową opartą o jego bark, czując jego zapach w nozdrzach, czułem
szczęście.
I że nie chcę już nigdzie
nigdy
stąd iść.
- Lou, ja Cię naprawdę kocham. - szepnąłem ledwie słyszalnie.
A wtedy on przycisnął mnie mocniej do siebie.
Otwieram oczy i czuję jak dusi mnie to COŚ w klatce piersiowej.
I nie myślę o milionach ludzi na twitterze,ani o innych pierdołach. Nagle okazuje się, że tak prawdziwie - nie mam dla kogo już wstawać. I nie ma sensu. Nic.
Na szafce obok łóżka leży żyletka. Obracam ją w palcach gdy mi źle. Przecież faceci się nie tną. Pociągnąłem nosem. Wciąż miałem katar,albo raczej wciąż płakałem.
Wściekłość, zażenowanie, brak możliwości zrobienia czegokolwiek, szach - mat i przegrałeś Harry. Ręce mi drżały i nie ochłonąłem jeszcze od wczoraj. Spojrzałem na wyświetlacz telefonu.
-KURWA! - krzyknąłem i miałem głęboko w poważaniu, ze ktokolwiek się przeze mnie obudzi. Bo dziś idziemy do studia i nagrywamy kawałki na nową płytę.
Bo miałem tylko nadzieję, że ucieknę gdzieś, zaszyję się na te najbliższe 24 h w miejscu najbardziej dalekim od niego, jak to tylko możliwe. I rzuciłem żyletkę na podłogę, i wybiegłem z pokoju do łazienki.
Musisz z tym żyć,Harreh,dzieją się gorsze rzeczy, dzieją się gorsze rzeczy. Oddychałem głęboko, patrząc w swoje odbicie lustrzane. Na tą twarz, na loki, na usta, które wczoraj wieczorem...
-H-harry y?
Niall. Zobaczyłem go w lustrze. Miał podkrążone, zaczerwienione oczy. I obgryzał paznokcie. I ledwie wszedł - już wyszedł, wręcz wybiegł.
- Niall! Poczekaj! - krzyknąłem za nim, idąc już w stronę jego pokoju. Drzwi trzasnęły zanim zdążyłem dobiec. Zatrzymałem się na chwilkę, gapiąc się w klamkę. Zapukałem, bo złościł się, gdy tego nie robiłem. Nie odezwał się.
- Niall, martwię się o Ciebie.
Cisza.
- Niall, wchodzę.
Popchnąłem drzwi,ale nie chciały się otworzyć i musiałem to zrobić siłą całego mojego ciała. Poślizgnąłem się i uderzyłem w nogę.
- Shit. Niall, wypuść mnie,chyba się połamałem.
Nic mi nie było,ale szybko puścił drzwi i wyjrzał, żeby sprawdzić, co się stało. Będzie tylko siniak, pomyślałem. Podniosłem głowę, spojrzałem na Nialla i rzuciłem sie na uchylone drzwi.
- Teraz mi wszystko opowiesz - powiedziałem stanowczo. I wzmacniało mnie bardzo to, że mogłem sie przejmować czyimiś problemami i zapomnieć na chwilę o swoich. Właściwie w tym moim dołku zdawało mi się, że jestem najlepszą osobą, która może pomóc komukolwiek. Niall nie patrzył mi w oczy.
- Dziś... - westchnął i spojrzał za okno - dziś jest rocznica śmierci mojego psa, wiesz, to było dawno, nie mówiłem Ci nigdy o nim, ale był dla mnie ważny, wiesz przyjaciel - jąkał się ze łzami w oczach. Patrzył za to okno i nic nie pasowało.
- Niall, przecież nie musisz mnie okłamywać. Nikomu nie powiem. Sam też czuję się fatalnie, będzie dobrze, jeśli pomogę chociaż Tobie i jakoś się temu światu przydam.
Uspokoił się i zdziwiony od razu spytał:
- Co się stało?
- Nie odwracaj kota ogonem - warknąłem - tylko mów.
Westchnął i wyprostował się.
- Problem za problem?
Skrzywiłem się. Nie powinienem nikomu mówić. Trzeba to jakoś obejść.
- Zobaczymy. - odpowiedziałem wymijająco i odetchnąłem po chwili, bo mimo tego, że na pewno chciałby pomóc mi rozwiązać mój problem, jego zdawał się go na tyle przytłaczać, że ześlizgnął się z łózka i siedząc na podłodze, a wzrokiem błądząc gdzieś po meblach zaczął mówić.
- Harry, ale proszę, nie mów nikomu, błagam, nie chcę jeszcze...
I taki niepokój w sercu, gdy się na niego patrzyło, niech to już powie, niech wyrzuci z siebie, cokolwiek to jest.
- Wczoraj wieczorem dzwonił Greg... mama dostała wyniki... wiesz, oni nie są pewni, mówią,że trzeba powtórzyć, żeby jeszcze się nie martwić, i w ogóle, ale Harry - tu spojrzał na mnie, płakał - mówią, że ma raka, a ja nie chcę, żeby umarła.
To stwierdzenie było tak proste, to pragnienie tak dziecinne, i ta obawa jak u pięciolatka i miłość w oczach. I przytuliłem go mocno do siebie.
- Niall, jedź dziś do niej, pojadę z Tobą, jeśli chcesz.
Podniósł głowę i otarł rękawem policzki z łez.
- Nie mogę, dziś studio, poza tym, Harry, nie obraź się, ale czuję, że jeśli już, to powinienem pojechać tam sam.
Przycisnąłem go mocno do klatki piersiowej.
- Przecież będzie w porządku, sam mówisz, że będą powtarzać badania, no i wcale nie musi być złośliwy i zrobimy wszystko, żeby ją wyleczyć, jeśli zajdzie taka potrzeba - wyrzuciłem to z siebie praktycznie jednym tchem, starając się żeby ton głosu pocieszał, ale było mi trudno, bo ten cały naillowy smutek ogarnął teraz i mnie.
Ja wiem, że on by sobie z tym nie poradził, tak bardzo ją kocha, tak bardzo.
Jak ja Lou - wpadło mi do głowy, a potem skarciłem się za to porównanie. Moje na pewno przejściowe zakochanie nie powinno być porównywane do tego, co się dzieje teraz w głowie Nialla, w jego serduchu i było mi go strasznie żal.
- Powiem Paulowi,żebyśmy się dziś sprężyli, bo masz poważny problem. - Niall spojrzał na mnie wzrokiem "błagam, nic mu nie mów", chociaż ja sam uważałem, ze Paulowi można było w takich sprawach zawsze ufać - przecież nie będzie pytał o szczegóły, jest wyrozumiały - dorzuciłem.
Spędziłem ten dzień z Niallem. Zrobiłem mu śniadanie, a potem pomogłem się zebrać, żeby wyjść z domu. Jak wsiedliśmy w samochód, to nawet już się uśmiechał i gawędził wesoło. Cieszyłem się, że nie jest już smutny. Bo czasem smutnym się po prostu jest. Czasem smutnym być trzeba. Ale nie wolno się nigdy smucić zbyt długo z żadnego powodu i myślę, że mama Nialla podzieliłaby moje zdanie.
Staliśmy w jakimś potężnym korku. Lou się do mnie nie odzywał. Udawaliśmy, że się nie znamy. Może to wyglądało z boku niedorzecznie i pewnie, gdybyśmy chcieli ukryć przed resztą, że coś się między nami niedobrego stało, to staralibyśmy się zachowywać jak zawsze. Ale po pierwsze byłoby to niedorzeczne, a po drugie wcale nam na tym nie zależało.
I chciałem cały ten czas myśleć tylko o Niallu i jego problemie, zawsze gdy było mi smutno. To mi otwierało oczy. Ostatnie dni byłem kompletnie załamany, chociaż właściwie nie było powodu. To tylko głupia miłość, wyolbrzymiłem problem jak jakaś baba.
A potem kątem oka widziałem Louisa śmiejącego się z Zaynem z jakiejś dziwnej reklamie na bilboardzie.
I jednak brakowało mi tego. I przychodziło na myśl wspomnienie wczoraj. Czego on się boi? Że menadżer? Pieprzyć menadżera, nie musiałby kurwa o tym wiedzieć. Widziałem Lou jakby za mgłą, jak gestykulował, obejmował Liama.
On tak po prostu ma, on kocha wszystkich jednakowo. To nie jest nic wyjątkowego.
A to wczoraj?
A może jednak?
Mgła była coraz większa, a potem Niall, dotknął mojego ramienia.
- Dlaczego płaczesz?
Zorientowałem się, że mam łzy w oczach i zawstydzony otarłem je. Nie powinienem płakać.
- Kiedyś Ci opowiem - rzuciłem wymijająco.
- Opowiedz mi teraz - uparł się Niall - przecież obiecałeś.
Przełknąłem ślinę i wyrzuciłem to z siebie cicho, jednym tchem, łącząc niezrozumiale wyrazy.
- Zakochałem się w Lou.
Odwróciłem szybko wzrok, żeby uniknąć spojrzenia w oczy Nialla, a potem trafiłem na Lou i po prostu zamknąłem oczy a uszy zasłoniłem dłońmi i miałem nadzieję, że bez tych dwóch zmysłów wnętrze vana będzie mi mniej obce.
Poczułem, jak Niall mnie obejmuje. Zrozumiał. O nic nie pyta. Ma większy problem ode mnie, ale jednak martwi się o mnie, a przede wszystkim ze mną jest i czuję kolejną łzę pod powieką i modlę się o to, żeby nikt inny tego nie zauważył. I lubię zapach jego bluzy. Bo to jest prawdziwy przyjaciel. I chcę, żeby był już zawsze. Zsunąłem dłonie z okolic uszu na kark i patrzyłem tępo na podłogę. Tamta trójka świetnie się bawiła. Dobrze.
Usłyszałem szept w okolicy ucha.
- Powiedz mu to.
Poczułem w środku, że mogę swobodnie o tym mówić, bo tamci nie usłyszą, tak bardzo hałasowali. W dodatku patrząc na mnie i Nialla można by tylko pomyśleć, że się nie wyspaliśmy.
- Pocałował mnie wczoraj.
Niall odchylił się do tyłu i spojrzał na mnie zdezorientowany.
- A potem powiedział, że - głos mi się załamał, więc poczekałem chwilę, żeby szept znów stał się szeptem - że ta historia nie może się dobrze skończyć.
Niall do tej pory przytulał mnie, teraz puścił i rozejrzał się po vanie. Był zdeterminowany i wiedziałem, ze jest gotowy do wszystkiego.
- Nie, proszę Cię, nie rób niczego głu... - nie zdążyłem szepnąć w jego stronę.
- Louis!! Louis!!!
Lou przestał piać ze śmiechu i odwrócił się w naszą stronę.
- Co tam, chłopaki?
Nie patrzył na mnie, omijał mnie celowo wzrokiem.
- Harry mówi, że jest mu przez Ciebie przykro. Przeproś go.
Jęknąłem. Byłem zły na Nialla. Jak mógł. Jak mógł.
Louis nic nie odpowiedział. Zdawało się, że zupełnie zignoruje tą sytuację. Oczy wszystkich były zwrócone to na mnie, to na Lou. A on przeszedł między siedzeniami i przewrócił się tuż przy mnie, na mnie.
-Ałłła!! Lou, co ty robisz?!
Półleżał na mnie i uśmiechał się słodko, jak gdyby nigdy nic.
- Przestań, to boli - powiedziałem, wciąż ledwo powstrzymując się od łez.
Usiadł koło mnie i przytulił mnie krótko, uśmiechając się szeroko, jakby czekając na oklaski.
- To nadal boli, Lou...
I widziałem w tych oczach przeprosiny, ale to nie miało znaczenia, bo nagle przypomniały mi się jego usta z wczoraj wieczorem, bo nagle przypomniało mi się, jak blisko byliśmy, a jak bardzo daleko jesteśmy, pomimo tego, że siedzi dwa centymetry ode mnie.
A potem sobie uświadomiłem, że to tylko dwa głupie centymetry.
Ach, co mi tam świat, chodź pocałuj mnie jeszcze raz.
I dotknąłem dłonią jego policzka, a oczy mu spoważniały zupełnie i o nic nie dbałem i przybliżyłem moje wargi do jego warg. Nie boję się, nie boję się i nic nie jest bardziej niż...
Kochałem ten smak, to uczucie, gdy delikatnie przechylałem głowę i wszystko było bardziej, tylko świat za nami mniej. I nie wiedziałem, ze to kiedyś się skończy i poczułem jego drżącą dłoń na moich żebrach, przesunął ją w miejsce, gdzie biło moje serce. A potem odchylił się powoli i świat dopiero zaczął do mnie dochodzić. I zacząłem się go bać. Bo panowała idealna cisza, jakbyśmy byli tu sami, a on też nic nie mówił.
I był tak bardzo poważny.
A ja czułem się tak bardzo uzależniony i nie obchodziły mnie konsekwencje.
- Przeprosiny przyjęte? - zapytał cicho.
Przytuliłem go mocno do siebie, zamykając oczy.
Chłopcy szeptali między sobą podekscytowani, ale to się nie liczyło.
Albo może w podświadomości wiedziałem, że Niall rozumie i że Niall im wytłumaczy.
Wciąż się obejmowaliśmy, a ja z zamkniętymi powiekami i głową opartą o jego bark, czując jego zapach w nozdrzach, czułem
szczęście.
I że nie chcę już nigdzie
nigdy
stąd iść.
- Lou, ja Cię naprawdę kocham. - szepnąłem ledwie słyszalnie.
A wtedy on przycisnął mnie mocniej do siebie.
wtorek, 11 września 2012
2. Boję się tej burzy.
W domu nikogo nie było. Nie wiem gdzie wyszli. Jakoś mnie to nie obchodziło. Niall i Zayn coś mi tłumaczyli, ale leżałem na kanapie, to wyjaśnia, dlaczego nie mogłem usłyszeć.
Nie, właściwie to niczego nie wyjaśnia. To nie jest nawet wygodne. I zupełnie nie rozumiem, czemu wyszli z domu skoro pada deszcz.
Kiedy pada deszcz przyjaciele siedzą wspólnie na małym dywanie przed telewizorem i rzucają w siebie karmelowym popcornem, oglądając jakiś głupi film. Nie wychodzą nie wiadomo gdzie i nie zostawiają Cię samego. Wyciągnąłem dłoń przed siebie, oglądając swoje palce.
Więc myślę. Zayn i Niall poszli pewnie do sklepu. Liam jest z Danielle. A Lou?
Powinieneś być tu, ze mną, głupku. Powinieneś pluć popcornem na odległość albo do celu właśnie ze mną. Powinieneś się śmiać i zdejmować mi złośliwie czapkę z głowy. Powinieneś zaprowadzić mnie do łazienki i wylać przypadkiem na mnie mydło w płynie. Powinniśmy teraz robić cokolwiek. Albo powinieneś, właściwie to nawet nie albo, tu jest potrzebne słowo przede wszystkim - powinieneś trzymać mnie za rękę.
Zaśmiałem się. Jestem idiotą. Ostatnim kretynem. Naiwniakiem. Dzieciakiem, który powinien wydorośleć. I może nawet chcę. Ja naprawdę chcę się zmienić. Ja naprawdę...
Nie lubię siebie. I lubię, gdy Louis mnie tak bardzo akceptuje. To zadziwia jak inne cuda tego świata,albo właściwie jak nic innego. I jest mi ciepło w klatce piersiowej. Bo tylko on jeden zdaje się wiedzieć. Bo tylko on jeden zdaje się czuć.
Spojrzałem na nadgarstek.
I can't change.
Może tylko sobie wmawiasz kolego?
Głosy w mojej głowie zdecydowanie chcą zniszczyć mój światopogląd. Deszcz padał coraz bardziej. W mieszkaniu panowała idealna cisza, tylko to pukanie o szyby, paskudna londyńska pogoda.
Świat jakby znikła gdzieś za powiekami.
- Lou,gdzie jesteś?
Zsunąłem się z kanapy i zamrugałem oczami, próbując się ożywić. Może jakiś napój energetyczny został jeszcze w kuchni. Powlokłem się do kuchni i przeszukałem ją. Nie znalazłem nic, więc ostatecznie przytuliłem się do drzwi lodówki, o ironio jednie one w całym tym okropnym mieszkaniu, które nienawidziłem coraz bardziej zdawały się mieć dla mnie odrobinę ciepła.
Politura przyjemnie przylegała do twarzy, objąłem lodówkę z półuśmiechem. I było mi lepiej. Naprawdę lepiej. I tylko czułem łzy pod powiekami, gdzieś tam w kącikach oczu, ale wstydziłem się płakać nawet przed lodówką, bo nie wypada, bo nie ma powodu. Az w końcu uchyliłem powieki i w przypływie zrozumienia odskoczyłem od niej i uderzyłem się dłonią w twarz.
- Idioto, co robisz!
Bałem się siebie. Bałem się, że nad sobą nie panuję. Obserwowałem tylko ten brak kontroli, to szaleństwo i to jest jak umieranie. Kiedy raz pokochasz już nie możesz przestać. Już nie możesz zapomnieć. Nie gdy wciąż tak wiele łączy. Jak jakaś choroba, obłęd, wieczna gorączka, ból w klatce piersiowej, problem z oddechem.
I kiedy on pozwala mi na spanie z nim w jednym łóżku, tak bardzo chcę spać twarzą do ściany, żeby nie móc widzieć ich wspólnego zdjęcia.
I tak bardzo nie chcę wiedzieć, że on ją kocha.
Że on ją umie kochać.
Podłoga była zimna, dom szary, wszystko nim pachniało i nic dobrego nie przychodziło na myśl. Mieliśmy być do końca świata i ot,jesteśmy,ale przecież, obiecałeś, że... nie, nigdy niczego nie obiecałeś.
Wgramoliłem się na krzesło przy stole kuchennym. Porozrzucane kartki i jakieś teksty, pismo Nialla. Wziąłem jedną czystą do ręki. Nie, właściwie czysta to za duże słowo. Była zatłuszczona. W końcu Niall pisał i jadł, nieważne. Przeszukałem jeszcze stertę tekstów i odnalazłem długopis z czarnym wkładem. Nie wiem czemu, czarny wkład kojarzył mi się tak bardzo oficjalnie, może te wszystkie ważne egzaminy pisało się zawsze na czarno, może tu tkwi rozwiązanie. I, jeśli, napiszę coś na czarno, to będzie to miało większe znaczenie niż zwykle?
Chcę, żeby miało.
Nigdy nie lubiłem swojego pisma, ale teraz to nie ma znaczenia i czuję tylko, że to daje mi siłę i jeśli to napiszę będzie już tylko lepiej. Stawiam powoli literki, zastanawiam się nad każdym słowem. To musi być wyjątkowe. I zostawię to tu, niech będzie co ma być. Zostawię to tu.
Za oknem zagrzmiało. Burza? Dziwne. Miałem tylko nadzieję, że chłopaki wrócą w całości. Pomyślałem o Lou. Jakiś ścisk w sercu i to zmartwienie, że byleby wszystko było dobrze, bo bez niego nie można przecież żyć.
Tak bardzo boję się burzy. I jestem tu sam.
Powinieneś być teraz ze mną Lou. Albo z nią. Przecież to ją kochasz, to o nią musisz dbać.
Położyłem głowę na stole. Błyskało się, a deszcz tłukł o szyby. I w tym znienawidzonym mieszkaniu, bo było wspólne, bo nie dawało mi oddechu, bo zmuszało mnie do tego, żebym kochał Cię tak bardzo - poczułem nagle ciepło w okolicy klatki piersiowej i zasnąłem wśród pogniecionych kartek.
- Harry? Harry? - Zayn krzyczał mi nad głową - Co jest z tobą? Spieszyliśmy się, bo burza, a ty się boisz, ale i tak zeszło nam długo.
Podniosłem głowę is spojrzałem na nich zdezorientowany. Kartka przykleiła mi się do twarzy. Strząsnąłem ją szybko.Niall i Zayn śmieli się glośno, ale Nialler złapał nagle za rękę Zayna i szepnął coś w stylu "ciiii".
Tak,macie rację,dajcie mi dalej spać, myślę z goryczą.
- Co kupiliście do jedzenia?
Spojrzeli na siebie zdziwieni.
- Przecież byliśmy na kręglach.
Uhm. No tak. Z resztą nieważne, że w lodówce nic nie ma. Ostatecznie nie muszę jeść. Nie muszę nic. Nie chcę nic. Nic, kurwa, nic.
A oni nadal się śmiali. Wstałem i poszedłem do holu, wpatrując się w okno. Wciąż padało. Niall krzyczał z kuchni, że Liam będzie dziś robił zakupy. W porządku. Nie dbam o to. Chwilę potem Zayn odezwał się zaniepokojony, że Lou powinien już być.
No jasne,że powinien. Nie powinien nigdzie wychodzić, a być tu ze mną cały czas, myślałem.
Nie wiem, ile czasu minęło. ile czarnych audi przejechało przez uliczkę.
Płakałem. Słyszałem ich tam na górze, grających na play station i wiedziałem, że mógłbym do nich pójść i powiedzieć, że chcę się przyłączyć. Zawsze to wiem. Ale nie zawsze chcę. Nie chcę dziś.
Bo on z nią był, a powinien być ze mną. Bo zrobiło się już ciemno i coraz bardziej boję się wyglądać przez to okienko. I stoję tu od kilku godzin i na litość Boską, jest mi tu lepiej niż gdziekolwiek indziej. Oparłem się zrezygnowany plecami o kaloryfer znajdujący się pod oknem, podkuliłem nogi i zasypiałem - znów. Nic dziwnego, bo nie spałem kolejną noc.
Zasypiam już i, i zdaje mi się, że tu gdzie żebra kaloryfera wbijają się w moje żebra jest o wiele wygodniej niż będąc wtulonym w różowy koc w dziwne koty i...
- Harry?
Najpiękniejszy budzik na świecie.
- Harry?
Uchyliłem oczy i spojrzałem na niego. Był mokry, widocznie deszcz wciąż padał. Kapało mu z włosów, a oczy miał zmartwione. I było mi przykro bo zrozumiałem, że martwi się o mnie.
- Harry...
Dotknął dłonią mojego policzka i usiadł obok mnie, i wiedziałem, że on też lubi tą niewygodność, zebra w żebra.
- Harry...
Powtarzał to moje imię, i bałem się jeszcze bardziej i jego usta były tak blisko i jakby oczy miał wilgotne, i czoło oparł o moje czoło. Czułem jego oddech tak bardzo, tak nieprzewidywalnie i tak drażnił każdą moją myśl i chciałem go jeszcze bardziej, jeszcze bliżej.
- Coś odznaczyło Ci się na policzku. - uniósł kąciki warg.
Otworzyłem szerzej oczy, a on wyszeptał dokładnie to, co napisałem na zatłuszczonej karteczce kilka,może kilkanaście godzin temu - nie wiem, bo byłem szczęśliwy i nie liczyłem czasu.
- Tu jest napisane od tyłu, Harry.. - przekręcił delikatnie głowę - "Nie umiem już bez Ciebie żyć, Lou..."
Wstrzymałem oddech przerażony, bałem się reakcji, bałem się co dalej, nie powinien mnie takiego widzieć, nie powinien, muszę powiedzieć coś, cokolwiek...
- Lou, ja po prostu, była burza i martwiłem się, wiesz, że się boję, nie wracałeś, tęskniłem, jesteś moim przyjacielem - poderwałem się z podłogi, ale byłem już na spalonej pozycji. Patrzył na mnie z rozszerzonymi źrenicami.
- Powinienem już iść - rzuciłem, odwróciłem się i poszedłem na górę do siebie, a on został w drzwiach.
Nie, właściwe, poszedłbym.
Ale on wtedy tak bardzo złapał mnie za ramię.
- Nie pozwolę Ci teraz odejść. Nie pozwolę Ci odejść nigdy. - powiedział tak cicho, że gdyby nie poruszające się wargi, nie uwierzyłbym.
Dotknął dłonią mojego policzka, tam gdzie odbił się napis, drugą ręką objął mnie w pasie. Był. W kurtce, zielonych spodniach i mokrej czapce, a włosy przyklejały mu się do czoła i
tego
się
nie
da
nie
kochać.
A potem był tak blisko i jeden ruch, i czułem smak jego ust, i to ciepło w środku i tą radość.
Nie wiem ile czasu.
Nie wiem.
Przecież byłem szczęśliwy. Jak nigdy wcześniej.
I płakałem. Wiem przecież, chyba tylko to wiem przecież.
A potem powoli oderwał swoej wargi od moich i widziałem tą radość w oczach, tą wolność, tą szczerość. I wszystko minęło, i przytulił mnie jeszcze a potem, potem
z goryczą powiedział
- Najgorsze jest to, że ta historia nie może mieć happy endu.
Wszystko prysło. I wypuścił mnie ze swoich objęć, a wzrok przepraszał.
Bolało jak nic innego na tym calym podłym świecie.
To pożegnanie było najgorsze z możliwych.
A teraz nawet nie mogłem zawołać go w środku nocy do siebie.
A miałem tylko świadomość, że muszę już tęsknić do końca świata - tyle że smutniej - bo zza ściany.
Bo wzajemnie.
poniedziałek, 10 września 2012
1. W Twoim pokoju jest cieplej.
Która godzina? Nie
wiem, musi być już późno, a właściwie wcześnie. Chodzi mi tylko o to, że zaraz
czas wstać. A jeszcze nie zasnąłem. Słońce chyba zaczynało się budzić, bo
drażniło mnie strasznie, razem z bólem głowy i jakimiś takimi myślami,
wyobrażeniami, których nie można się pozbyć. Było mi zimno, bo zapomniałem
zamknąć okna późnym wieczorem, a przez całą noc nie miałem ochoty, ani odwagi,
albo po prostu nie mogłem tego okna zamknąć, nie bo nie, bo wygodniej mi w
łóżku z nadzieją, że może zasnę, z myślą, że może nie rozbudzę się bardziej. Że
przyśni się coś dobrego.
To była taka
odskocznia, sen. Żyłem ostatnio od snu do snu. A było go tak mało, że stawał
się jeszcze cenniejszy. To był jedyny czas spokoju, jedyny czas oddechu.
Podświadomość nie krzyczała wtedy tak bardzo. Spała ze mną.
I nawet ceniłem te
sny horrory o goniących mnie stworach, za które każdy inny osiemnastolatek by
się karcił, bo taka fantazja potrzebna u dziecka, nie u kogoś takiego jak ja.
To jednak jest
dobre – być innym.
Ale chciałoby się
jeszcze móc być z tego dumnym.
W gardle strasznie
zaschło, butelka po wodzie na szafeczce obok łóżka była już pusta. Stwierdziłem
to nie uchylając nawet powiek, a potrząsając jedynie wymacaną butelką.
Może jeszcze
zasnę.
Wtuliłem się w
kołdrę, była chłodna i pomimo tego, że było mi zimno, dobrze mi z nią było.
Jakbym przytulał Kogoś. I wyobraźnia od razu pobiegła nie tam gdzie trzeba.
Zawsze biegła.
Usłyszałem nagle
huk zza ściany i drgnąłem wystraszony. Podniosłem się szybko i nasłuchiwałem
dalej, a serce biło przerażone.
A potem był już
tylko głośny śmiech i jedno zdanie, które miało uspokoić współlokatorów.
- Spadłem z łóżka!
I śmiał się dalej.
Też się uśmiechnąłem. Zrzuciłem z siebie kołdrę i oparłem się o ścianę.
- Lou? –
powiedziałem wystarczająco głośno, żeby usłyszał tam, po drugiej stronie.
- Morning,Harreh! - odezwał się wciąż się śmiejąc.
Zadrżałem.
- Wszystko w porządku?
- No jasne. - rzucił bez zastanowienia.
Przylgnąłem do chłodnej ściany i głęboko oddychałem przez kilka sekund. Wszystko w tym pokoju było zimne i takie świeże, że aż bolały skronie. I światło kuło w oczy. I a na ramionach miałem gęsia skórkę.
- Lou?
Za ścianą cisza. Poszedł jeszcze spać.
- Lou?
- Harry, co się dzieje?
Lubiłem, gdy w jego głosie było to coś, co wskazywało na troskę.
- Nie mogę zasnąć.
- Bo już pora wstawać! - krzyknął. - i tak już pewnie wszystkich obudziliśmy!
- Lou? - nie dawałem za wygraną, skoro już zebrałem się na odwagę.
Chwila ciszy.
- Mam iść do Ciebie czy Ty do mnie?
Przymknąłem oczy i westchnąłem ze spokojniejszym już sercem.
- Ja pójdę.
Wyszedłem na korytarz, było już całkiem jasno, zegarek w holu pokazywał za siedem siódmą. Trochę rozgrzałem się, wstając energicznie z łóżka, ale i tak zarzuciłem na ramiona koc. Na wszelki wypadek, gdyby paparazzi mieli mnie nakryć w samych slipkach - pomyślałem. To było głupie i nieprawdziwe. Po prostu lubiłem ten kocyk. Różowy kocyk w koty. Dostałem go chyba pod choinkę od Lou, pamiętam, jak wszyscy się z tego śmieliśmy. Ale jest całkiem miły w dotyku. I Lou go bardzo lubi. Złapałem za klamkę i wszedłem cicho do pokoju obok.
Louis leżał na łóżku zwinięty w kłębek, patrząc na mnie ciekawie. Wskazał na poduszkę obok jego głowy. Zrobił mi miejsce. Rzuciłem się na łóżko a on tak po prostu, mechanicznie przytulił mnie mocno, mnie i mój różowy kocyk w dziwne koty. I uśmiechał się jak zwykle,jak lubił, jak ja lubiłem.
Całe to zimno, które przez noc ogarniało mnie w pokoju obok nagle zniknęło, odeszło w niepamięć i liczyło się tylko tu i teraz. Położył od niechcenia dłoń na mojej klatce piersiowej i zamykając oczy szepnął:
- Prześpijmy się trochę.
Patrzyłem na niego, zupełnie rozbudzony. Czułem się bezpiecznie i pewnie gdybym bardzo chciał - zasnąłbym, bo zmęczenie robiło swoje, ale mimo wszystko lepiej było dotykać jego włosów. Leżałem tak obok mojego najlepszego przyjaciela i wiedziałem, że cokolwiek ma się stać nigdy mnie nie zostawi. Że już zawsze będziemy razem.
I teraz, gdy Louis spał, mogłem go obserwować i czuć się szczęśliwym.
Czuć się szczęśliwym to jest już prawie jak szczęście.
- Dobrze, że śpisz, Lou. Tak dobrze, że śpisz właśnie tu, obok mnie.
Położyłem swoją rękę na poduszce przed moją twarzą i zacząłem mimowolnie rysować niej palcem. Usta mu się uchyliły, jak zawsze, gdy spał.
- Czasem tak bardzo boję się, że tego nie przetrwamy. - szeptałem do śpiącego, nieświadomego. - że któregoś dnia to wszystko się skończy. Że coś nas zniszczy. Że coś zniszczy mnie. Lou, jak bardzo smutne byłoby życie bez Ciebie.
Pociągałem nosem. Musiałem przeziębić się w nocy. Zamknąłem oczy i szeptałem jeszcze ciszej, zupełnie sam do siebie. Jak w obłędzie, ale powoli, oddzielając każdy wyraz długą przerwą.
- Brakowałoby mi nawet... nawet tego w jaki sposób spadasz z łóżka o siódmej rano. Za Tobą nie można nie tęsknić...
Zasypiałem.
- Bądź... już zawsze... dobrze..?
Poczułem, że jego dłoń przesuwa się po mojej klatce piersiowej wyżej, aż w końcu obejmuje mnie mocno. Nie spał.
- Wiesz,że po szesnastu godzinach bez snu zachowujesz się jakbyś miał pół promila alkoholu we krwi?
Uchyliłem oczy. Uśmiechał się troskliwie.
- To ja mam już ze dwadzieścia - odpowiedziałem.
Ramiona były ciepłe i kochające i lubiłem to bezpieczeństwo, tą radość, jak w któreś Boże Narodzenie naście lat temu, i świadomość smaku jabłka i zapachu cynamonu i że - nic nie może być źle.
Tak po prostu, pewnie dochodziła już ósma rano, kiedy zasnęliśmy.
Szczęśliwi.
- POBUDKAAAA!
Poderwałem się szybko i zobaczyłem Nialla stojącego nade mną ze szklanką wody. Woda ze szklanki rozlała się zaraz na moich włosach i twarzy Lou.
Louis jęknął.
Niall był wyraźnie z siebie zadowolony.
- Jest już dwunasta a wy jeszcze urządzacie tu swoje romanse!
- Chyba bromanse - wtrącił Lou. Miał już dobry humor, pomimo że sama forma pobudki go nie zachwyciła.
Coś już mówił do Nialla, coś mu tłumaczył, opowiadał, pytał o śniadanie, a ja patrzyłem na niego i było mi smutno. I nawet nie wiedziałem dlaczego. A potem to zaczęło brzmieć w uszach głośniej i głośniej.
To tylko bromance,Harry. To tylko Twój brat z wyboru.
Pogódź się z tym.
Oczy zaszkliły mi się, kiedy dotknął mnie przypadkowo dłonią wyskakując z łóżka. Szli już z Niallem do kuchni. Radośni, nie martwiący się niczym.
Harry, co Ty z sobą zrobiłeś?
Subskrybuj:
Posty (Atom)