wtorek, 11 września 2012

2. Boję się tej burzy.


W domu nikogo nie było. Nie wiem gdzie wyszli. Jakoś mnie to nie obchodziło. Niall i Zayn coś mi tłumaczyli, ale leżałem na kanapie, to wyjaśnia, dlaczego nie mogłem usłyszeć.
Nie, właściwie to niczego nie wyjaśnia. To nie jest nawet wygodne. I zupełnie nie rozumiem, czemu wyszli z domu skoro pada deszcz.
Kiedy pada deszcz przyjaciele siedzą wspólnie na małym dywanie przed telewizorem i rzucają w siebie karmelowym popcornem, oglądając jakiś głupi film. Nie wychodzą nie wiadomo gdzie i nie zostawiają Cię samego. Wyciągnąłem dłoń przed siebie, oglądając swoje palce.
Więc myślę. Zayn i Niall poszli pewnie do sklepu. Liam jest z Danielle. A Lou?
Powinieneś być tu, ze mną, głupku. Powinieneś pluć popcornem na odległość albo do celu właśnie ze mną. Powinieneś się śmiać i zdejmować mi złośliwie czapkę z głowy. Powinieneś zaprowadzić mnie do łazienki i wylać przypadkiem na mnie mydło w płynie. Powinniśmy teraz robić cokolwiek. Albo powinieneś, właściwie to nawet nie albo, tu jest potrzebne słowo przede wszystkim - powinieneś trzymać mnie za rękę.
Zaśmiałem się. Jestem idiotą. Ostatnim kretynem. Naiwniakiem. Dzieciakiem, który powinien wydorośleć. I może nawet chcę. Ja naprawdę chcę się zmienić. Ja naprawdę...
Nie lubię siebie. I lubię, gdy Louis mnie tak bardzo akceptuje. To zadziwia jak inne cuda tego świata,albo właściwie jak nic innego. I jest mi ciepło w klatce piersiowej. Bo tylko on jeden zdaje się wiedzieć. Bo tylko on jeden zdaje się czuć.
Spojrzałem na nadgarstek.
I can't change.
Może tylko sobie wmawiasz kolego?
Głosy w mojej głowie zdecydowanie chcą zniszczyć mój światopogląd. Deszcz padał coraz bardziej. W mieszkaniu panowała idealna cisza, tylko to pukanie o szyby, paskudna londyńska pogoda.
Świat jakby znikła gdzieś za powiekami.
- Lou,gdzie jesteś?
Zsunąłem się z kanapy i zamrugałem oczami, próbując się ożywić. Może jakiś napój energetyczny został jeszcze w kuchni. Powlokłem się do kuchni i przeszukałem ją. Nie znalazłem nic, więc ostatecznie przytuliłem się do drzwi lodówki, o ironio jednie one w całym tym okropnym mieszkaniu, które nienawidziłem coraz bardziej zdawały się mieć dla mnie odrobinę ciepła.
Politura przyjemnie przylegała do twarzy, objąłem lodówkę z półuśmiechem. I było mi lepiej. Naprawdę lepiej. I tylko czułem łzy pod powiekami, gdzieś tam w kącikach oczu, ale wstydziłem się płakać nawet przed lodówką, bo nie wypada, bo nie ma powodu. Az w końcu uchyliłem powieki i w przypływie zrozumienia odskoczyłem od niej i uderzyłem się dłonią w twarz.
- Idioto, co robisz!

Bałem się siebie. Bałem się, że nad sobą nie panuję. Obserwowałem tylko ten brak kontroli, to szaleństwo i to jest jak umieranie. Kiedy raz pokochasz już nie możesz przestać. Już nie możesz zapomnieć. Nie gdy wciąż tak wiele łączy. Jak jakaś choroba, obłęd, wieczna gorączka, ból w klatce piersiowej, problem z oddechem.

I kiedy on pozwala mi na spanie z nim w jednym łóżku, tak bardzo chcę spać twarzą do ściany, żeby nie móc widzieć ich wspólnego zdjęcia.

I tak bardzo nie chcę wiedzieć, że on ją kocha.
Że on ją umie kochać.
Podłoga była zimna, dom szary, wszystko nim pachniało i nic dobrego nie przychodziło na myśl. Mieliśmy być do końca świata i ot,jesteśmy,ale przecież, obiecałeś, że... nie, nigdy niczego nie obiecałeś.
Wgramoliłem się na krzesło przy stole kuchennym. Porozrzucane kartki i jakieś teksty, pismo Nialla. Wziąłem jedną czystą do ręki. Nie, właściwie czysta to za duże słowo. Była zatłuszczona. W końcu Niall pisał i jadł, nieważne. Przeszukałem jeszcze stertę tekstów i odnalazłem długopis z czarnym wkładem. Nie wiem czemu, czarny wkład kojarzył mi się tak bardzo oficjalnie, może te wszystkie ważne egzaminy pisało się zawsze na czarno, może tu tkwi rozwiązanie. I, jeśli, napiszę coś na czarno, to będzie to miało większe znaczenie niż zwykle?
Chcę, żeby miało.

Nigdy nie lubiłem swojego pisma, ale teraz to nie ma znaczenia i czuję tylko, że to daje mi siłę i jeśli to napiszę będzie już tylko lepiej. Stawiam powoli literki, zastanawiam się nad każdym słowem. To musi być wyjątkowe. I zostawię to tu, niech będzie co ma być. Zostawię to tu.

Za oknem zagrzmiało. Burza? Dziwne. Miałem tylko nadzieję, że chłopaki wrócą w całości. Pomyślałem o Lou. Jakiś ścisk w sercu i to zmartwienie, że byleby wszystko było dobrze, bo bez niego nie można przecież żyć.
Tak bardzo boję się burzy. I jestem tu sam.
Powinieneś być teraz ze mną Lou. Albo z nią. Przecież to ją kochasz, to o nią musisz dbać.
Położyłem głowę na stole. Błyskało się, a deszcz tłukł o szyby. I w tym znienawidzonym mieszkaniu, bo było wspólne, bo nie dawało mi oddechu, bo zmuszało mnie do tego, żebym kochał Cię tak bardzo - poczułem nagle ciepło w okolicy klatki piersiowej i zasnąłem wśród pogniecionych kartek.

- Harry? Harry? - Zayn krzyczał mi nad głową - Co jest z tobą? Spieszyliśmy się, bo burza, a ty się boisz, ale i tak zeszło nam długo.
Podniosłem głowę is spojrzałem na nich zdezorientowany. Kartka przykleiła mi się do twarzy. Strząsnąłem ją szybko.Niall i Zayn śmieli się glośno, ale Nialler złapał nagle za rękę Zayna i szepnął coś w stylu "ciiii".
Tak,macie rację,dajcie mi dalej spać, myślę z goryczą.
- Co kupiliście do jedzenia?
Spojrzeli na siebie zdziwieni.
- Przecież byliśmy na kręglach.
Uhm. No tak. Z resztą nieważne, że w lodówce nic nie ma. Ostatecznie nie muszę jeść. Nie muszę nic. Nie chcę nic. Nic, kurwa, nic.
A oni nadal się śmiali. Wstałem i poszedłem do holu, wpatrując się w okno. Wciąż padało. Niall krzyczał z kuchni, że Liam będzie dziś robił zakupy. W porządku. Nie dbam o to. Chwilę potem Zayn odezwał się zaniepokojony, że Lou powinien już być.
No jasne,że powinien. Nie powinien nigdzie wychodzić, a być tu ze mną cały czas, myślałem.
Nie wiem, ile czasu minęło. ile czarnych audi przejechało przez uliczkę.
Płakałem. Słyszałem ich tam na górze, grających na play station i wiedziałem, że mógłbym do nich pójść i powiedzieć, że chcę się przyłączyć. Zawsze to wiem. Ale nie zawsze chcę. Nie chcę dziś.
Bo on z nią był, a powinien być ze mną. Bo zrobiło się już ciemno i coraz bardziej boję się wyglądać przez to okienko. I stoję tu od kilku godzin i na litość Boską, jest mi tu lepiej niż gdziekolwiek indziej. Oparłem się zrezygnowany plecami o kaloryfer znajdujący się pod oknem, podkuliłem nogi i zasypiałem - znów. Nic dziwnego, bo nie spałem kolejną noc.
Zasypiam już i, i zdaje mi się, że tu gdzie żebra kaloryfera wbijają się w moje żebra jest o wiele wygodniej niż będąc wtulonym w różowy koc w dziwne koty i...


- Harry?
Najpiękniejszy budzik na świecie.
- Harry?
Uchyliłem oczy i spojrzałem na niego. Był mokry, widocznie deszcz wciąż padał. Kapało mu z włosów, a oczy miał zmartwione. I było mi przykro bo zrozumiałem, że martwi się o mnie.
- Harry...
Dotknął dłonią mojego policzka i usiadł obok mnie, i wiedziałem, że on też lubi tą niewygodność, zebra w żebra.
- Harry...
Powtarzał to moje imię, i bałem się jeszcze bardziej i jego usta były tak blisko i jakby oczy miał wilgotne, i czoło oparł o moje czoło. Czułem jego oddech tak bardzo, tak nieprzewidywalnie i tak drażnił każdą moją myśl i chciałem go jeszcze bardziej, jeszcze bliżej.
- Coś odznaczyło Ci się na policzku. - uniósł kąciki warg.
Otworzyłem szerzej oczy, a on wyszeptał dokładnie to, co napisałem na zatłuszczonej karteczce kilka,może kilkanaście godzin temu - nie wiem, bo byłem szczęśliwy i nie liczyłem czasu.
- Tu jest napisane od tyłu, Harry..  - przekręcił delikatnie głowę - "Nie umiem już bez Ciebie żyć, Lou..."
Wstrzymałem oddech przerażony, bałem się reakcji, bałem się co dalej, nie powinien mnie takiego widzieć, nie powinien, muszę powiedzieć coś, cokolwiek...
- Lou, ja po prostu, była burza i martwiłem się, wiesz, że się boję, nie wracałeś, tęskniłem, jesteś moim przyjacielem - poderwałem się z podłogi, ale byłem już na spalonej pozycji. Patrzył na mnie z rozszerzonymi źrenicami.
- Powinienem już iść - rzuciłem, odwróciłem się i poszedłem na górę do siebie, a on został w drzwiach.

Nie, właściwe, poszedłbym.
Ale on wtedy tak bardzo złapał mnie za ramię.
- Nie pozwolę Ci teraz odejść. Nie pozwolę Ci odejść nigdy. - powiedział tak cicho, że gdyby nie poruszające się wargi, nie uwierzyłbym.
Dotknął dłonią mojego policzka, tam gdzie odbił się napis, drugą ręką objął mnie w pasie. Był. W kurtce, zielonych spodniach i mokrej czapce, a włosy przyklejały mu się do czoła i
tego
się
nie
da
nie
kochać.

A potem był tak blisko i jeden ruch, i czułem smak jego ust, i to ciepło w środku i tą radość.
Nie wiem ile czasu.
Nie wiem.
Przecież byłem szczęśliwy. Jak nigdy wcześniej.
I płakałem. Wiem przecież, chyba tylko to wiem przecież.
A potem powoli oderwał swoej wargi od moich i widziałem tą radość w oczach, tą wolność, tą szczerość. I wszystko minęło, i przytulił mnie jeszcze a potem, potem
z goryczą powiedział
- Najgorsze jest to, że ta historia nie może mieć happy endu.

Wszystko prysło. I wypuścił mnie ze swoich objęć, a wzrok przepraszał.

Bolało jak nic innego na tym calym podłym świecie.
To pożegnanie było najgorsze z możliwych.
A teraz nawet nie mogłem zawołać go w środku nocy do siebie.

A miałem tylko świadomość, że muszę już tęsknić do końca świata - tyle że smutniej - bo zza ściany.
Bo wzajemnie.


3 komentarze:

  1. No ładnie. To jest niesamowicie piękne, takie wzruszające! I smutne, to przede wszystkim. Może też takie TWOJE i ... prawdziwe.
    Nie wiem jak czują się takie osoby, naprawdę, bo sama nigdy nie kochałam, ani nie byłam kochana. Ot, tak wyszło. Ale wydaje mi się, że naprawdę wspaniale to napisałaś. :)
    I może jednak będzie happy end?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem, co napisać, bo - jak zwykle w takich momentach - odebrało mi mowę. Zresztą Dada napisała już wszystko, co mogłabym napisać i ja. To było takie piękne. Chcę już kolejny rozdział, pełen kolejnych emocji, uczuć, Larry moments.

    :'(

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytam i płaczę. Nie wstydzę się tego, bo czytam o prawdziwej miłości, miłości Larry'ego, która jest skazana na klęskę. Nie będę komentowała każdego rozdziału, skomentuję ostatni, który przeczytam. Przecież bez sensu jest pisanie w każdym komentarzu jak bardzo pokochałam twój blog ;)

    OdpowiedzUsuń