Która godzina? Nie
wiem, musi być już późno, a właściwie wcześnie. Chodzi mi tylko o to, że zaraz
czas wstać. A jeszcze nie zasnąłem. Słońce chyba zaczynało się budzić, bo
drażniło mnie strasznie, razem z bólem głowy i jakimiś takimi myślami,
wyobrażeniami, których nie można się pozbyć. Było mi zimno, bo zapomniałem
zamknąć okna późnym wieczorem, a przez całą noc nie miałem ochoty, ani odwagi,
albo po prostu nie mogłem tego okna zamknąć, nie bo nie, bo wygodniej mi w
łóżku z nadzieją, że może zasnę, z myślą, że może nie rozbudzę się bardziej. Że
przyśni się coś dobrego.
To była taka
odskocznia, sen. Żyłem ostatnio od snu do snu. A było go tak mało, że stawał
się jeszcze cenniejszy. To był jedyny czas spokoju, jedyny czas oddechu.
Podświadomość nie krzyczała wtedy tak bardzo. Spała ze mną.
I nawet ceniłem te
sny horrory o goniących mnie stworach, za które każdy inny osiemnastolatek by
się karcił, bo taka fantazja potrzebna u dziecka, nie u kogoś takiego jak ja.
To jednak jest
dobre – być innym.
Ale chciałoby się
jeszcze móc być z tego dumnym.
W gardle strasznie
zaschło, butelka po wodzie na szafeczce obok łóżka była już pusta. Stwierdziłem
to nie uchylając nawet powiek, a potrząsając jedynie wymacaną butelką.
Może jeszcze
zasnę.
Wtuliłem się w
kołdrę, była chłodna i pomimo tego, że było mi zimno, dobrze mi z nią było.
Jakbym przytulał Kogoś. I wyobraźnia od razu pobiegła nie tam gdzie trzeba.
Zawsze biegła.
Usłyszałem nagle
huk zza ściany i drgnąłem wystraszony. Podniosłem się szybko i nasłuchiwałem
dalej, a serce biło przerażone.
A potem był już
tylko głośny śmiech i jedno zdanie, które miało uspokoić współlokatorów.
- Spadłem z łóżka!
I śmiał się dalej.
Też się uśmiechnąłem. Zrzuciłem z siebie kołdrę i oparłem się o ścianę.
- Lou? –
powiedziałem wystarczająco głośno, żeby usłyszał tam, po drugiej stronie.
- Morning,Harreh! - odezwał się wciąż się śmiejąc.
Zadrżałem.
- Wszystko w porządku?
- No jasne. - rzucił bez zastanowienia.
Przylgnąłem do chłodnej ściany i głęboko oddychałem przez kilka sekund. Wszystko w tym pokoju było zimne i takie świeże, że aż bolały skronie. I światło kuło w oczy. I a na ramionach miałem gęsia skórkę.
- Lou?
Za ścianą cisza. Poszedł jeszcze spać.
- Lou?
- Harry, co się dzieje?
Lubiłem, gdy w jego głosie było to coś, co wskazywało na troskę.
- Nie mogę zasnąć.
- Bo już pora wstawać! - krzyknął. - i tak już pewnie wszystkich obudziliśmy!
- Lou? - nie dawałem za wygraną, skoro już zebrałem się na odwagę.
Chwila ciszy.
- Mam iść do Ciebie czy Ty do mnie?
Przymknąłem oczy i westchnąłem ze spokojniejszym już sercem.
- Ja pójdę.
Wyszedłem na korytarz, było już całkiem jasno, zegarek w holu pokazywał za siedem siódmą. Trochę rozgrzałem się, wstając energicznie z łóżka, ale i tak zarzuciłem na ramiona koc. Na wszelki wypadek, gdyby paparazzi mieli mnie nakryć w samych slipkach - pomyślałem. To było głupie i nieprawdziwe. Po prostu lubiłem ten kocyk. Różowy kocyk w koty. Dostałem go chyba pod choinkę od Lou, pamiętam, jak wszyscy się z tego śmieliśmy. Ale jest całkiem miły w dotyku. I Lou go bardzo lubi. Złapałem za klamkę i wszedłem cicho do pokoju obok.
Louis leżał na łóżku zwinięty w kłębek, patrząc na mnie ciekawie. Wskazał na poduszkę obok jego głowy. Zrobił mi miejsce. Rzuciłem się na łóżko a on tak po prostu, mechanicznie przytulił mnie mocno, mnie i mój różowy kocyk w dziwne koty. I uśmiechał się jak zwykle,jak lubił, jak ja lubiłem.
Całe to zimno, które przez noc ogarniało mnie w pokoju obok nagle zniknęło, odeszło w niepamięć i liczyło się tylko tu i teraz. Położył od niechcenia dłoń na mojej klatce piersiowej i zamykając oczy szepnął:
- Prześpijmy się trochę.
Patrzyłem na niego, zupełnie rozbudzony. Czułem się bezpiecznie i pewnie gdybym bardzo chciał - zasnąłbym, bo zmęczenie robiło swoje, ale mimo wszystko lepiej było dotykać jego włosów. Leżałem tak obok mojego najlepszego przyjaciela i wiedziałem, że cokolwiek ma się stać nigdy mnie nie zostawi. Że już zawsze będziemy razem.
I teraz, gdy Louis spał, mogłem go obserwować i czuć się szczęśliwym.
Czuć się szczęśliwym to jest już prawie jak szczęście.
- Dobrze, że śpisz, Lou. Tak dobrze, że śpisz właśnie tu, obok mnie.
Położyłem swoją rękę na poduszce przed moją twarzą i zacząłem mimowolnie rysować niej palcem. Usta mu się uchyliły, jak zawsze, gdy spał.
- Czasem tak bardzo boję się, że tego nie przetrwamy. - szeptałem do śpiącego, nieświadomego. - że któregoś dnia to wszystko się skończy. Że coś nas zniszczy. Że coś zniszczy mnie. Lou, jak bardzo smutne byłoby życie bez Ciebie.
Pociągałem nosem. Musiałem przeziębić się w nocy. Zamknąłem oczy i szeptałem jeszcze ciszej, zupełnie sam do siebie. Jak w obłędzie, ale powoli, oddzielając każdy wyraz długą przerwą.
- Brakowałoby mi nawet... nawet tego w jaki sposób spadasz z łóżka o siódmej rano. Za Tobą nie można nie tęsknić...
Zasypiałem.
- Bądź... już zawsze... dobrze..?
Poczułem, że jego dłoń przesuwa się po mojej klatce piersiowej wyżej, aż w końcu obejmuje mnie mocno. Nie spał.
- Wiesz,że po szesnastu godzinach bez snu zachowujesz się jakbyś miał pół promila alkoholu we krwi?
Uchyliłem oczy. Uśmiechał się troskliwie.
- To ja mam już ze dwadzieścia - odpowiedziałem.
Ramiona były ciepłe i kochające i lubiłem to bezpieczeństwo, tą radość, jak w któreś Boże Narodzenie naście lat temu, i świadomość smaku jabłka i zapachu cynamonu i że - nic nie może być źle.
Tak po prostu, pewnie dochodziła już ósma rano, kiedy zasnęliśmy.
Szczęśliwi.
- POBUDKAAAA!
Poderwałem się szybko i zobaczyłem Nialla stojącego nade mną ze szklanką wody. Woda ze szklanki rozlała się zaraz na moich włosach i twarzy Lou.
Louis jęknął.
Niall był wyraźnie z siebie zadowolony.
- Jest już dwunasta a wy jeszcze urządzacie tu swoje romanse!
- Chyba bromanse - wtrącił Lou. Miał już dobry humor, pomimo że sama forma pobudki go nie zachwyciła.
Coś już mówił do Nialla, coś mu tłumaczył, opowiadał, pytał o śniadanie, a ja patrzyłem na niego i było mi smutno. I nawet nie wiedziałem dlaczego. A potem to zaczęło brzmieć w uszach głośniej i głośniej.
To tylko bromance,Harry. To tylko Twój brat z wyboru.
Pogódź się z tym.
Oczy zaszkliły mi się, kiedy dotknął mnie przypadkowo dłonią wyskakując z łóżka. Szli już z Niallem do kuchni. Radośni, nie martwiący się niczym.
Harry, co Ty z sobą zrobiłeś?
:'(
OdpowiedzUsuńOMG... Nie żałuję, że przeczytałam tą notkę zamiast robić lekcje.
OdpowiedzUsuń" - Mam iść do Ciebie czy Ty do mnie?
Przymknąłem oczy i westchnąłem ze spokojniejszym już sercem.
- Ja pójdę."
LUDZIE TO TAKIE SŁODKIE. Normalnie aż serce mi się miękkie zrobiło. To było śliczne, piękne... Takie... Oh...
Ogólnie słuchając Jamesa Morrisona, którego mi wysłałaś, wpasowałam się idealnie. To jest niesamowite, pięknie piszesz.
Werdykt? Jesteś lepsza ode mnie. :)
"Harry, co Ty z sobą zrobiłeś?"
OdpowiedzUsuńTo zdanie doprowadziło mnie do płaczu... Harreh ;c
Rozdział wspaniały! Cudowny blog! Cieszę się, że na niego wpadłam. Sądziłam, że widziałam już najlepsze blogi, cóż myliłam się. Dopiero teraz kiedy czytam twój blog, widzę jakie marne były wszystkie poprzednie i nawet mój jest.
Dziękuję ;)